Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2015

Kawa

Moja przygoda z kawą zaczęła się jakoś w okolicach matury. Piłam plujkę, jak wszyscy wtedy. Nie smakowała mi za bardzo, aż odkryłam kawę rozpuszczalną Nescafe Gold. Przez bardzo długi czas była to jedyna kawa, która mi smakowała i którą mogłam pić. Całkowicie poza tym były i są wszystkie kawy ''lokalowe'', które kocham i wielbię i próbuję ich wszędzie. Był okres, że kochałam kawę z Pauzy. Potem przyszła kolej na McCafe, gdzie zresztą piłam to samo co w Pauzie czyli Chai latte. Moim aktualnym kawowym rajem jest Columbus. Stosunek ceny do wielkości i jakości kaw jest dla mnie idealny. No i karta na punkty, dzięki której co 7 kawę mam gratis, też zachęca do odwiedzin. Kiedy nie pracowałam wystarczała mi jedna kawa dziennie, dla smaku. Czasami wieczorem pozwalałam sobie na Ricore. Kiedy wróciłam do pracy okazało się, że kawa to podstawa. Pobudka o 5 rano to jednak nie jest moja godzina. Po jakimś czasie zainwestowałam w kubek termiczny. Zamiast 2 kaw robię sobie jedną, więks…

Wyjątkowy rocznik 85

Będąc ostatnio w Empiku trafiłam na małą książeczkę ''Wyjątkowy rocznik 85''. Generalnie jest to cała seria książek, wydana dla wielu roczników. Z reguły olewam takie rzeczy bo uważam, że są niepotrzebne, stworzone tylko po to aby komuś zwiększyć stan konta, a ja uparcie jestem zwolennikiem przydatności wszystkiego czym się otaczam. Tym razem zajrzałam do środka i przez chwilę wróciłam myślami do czasów kiedy miałam lat dużo, dużo mniej.

Gumy Turbo i Donald królowały wtedy na rynku. Osobiście wolałam Donalda, ale Turbo kojarzy mi się z powrotami mojego ojca z pracy i moim standardowym pytaniem ''Masz dla mnie gumę?". Wyjadałam mu wszystkie, a jeśli jakiejś nie miał to była tragedia, płacz i zgrzytanie zębami ;) Mogłam mieć wtedy jakieś 5-6 lat.

To już szkolne lata. Złote Myśli i pamiętnik miał każdy, a królował ten, kto miał w nich najwięcej wpisów. Sama miałam takich zeszytów kilka. Pamiętnik w pięknej okładce, w którym wpisywali mi się wszyscy znajomi oraz…

Organizacja czasu na nowo

Pracując po 8 godzin dziennie, miałam wyrobiony pewien system. Wszystko było zorganizowane, może nie zawsze w domu było wysprzątane na błysk, suszarka z praniem stała cały tydzień - robienie i wieszanie prania to nie problem, ściąganie go jakoś mi nie idzie, ale za to codziennie gotowałam obiady. Nie powiem, że mi się chciało, czasem robiłam to z miną męczennika nabijanego na pal, ale oboje z Chomickim nie jemy zup (które z reguły wszyscy gotują jako posiłek na kilka dni), a ja poza tym nie znoszę odgrzewanych potraw, więc gotuję na bieżąco. Nie wszystko było idealnie ale wszystko było poukładane. Kiedy przestałam pracować całą tą organizację trafił szlag. Nagle miałam tyyyyyyle czasu i początkowo brak pomysłów co z nim zrobić. Z czasem zorganizowałam się od nowa, dopasowałam swój rytm dnia i wszystkie obowiązki do zupełnie innego tryby życia, niż wcześniej. Miałam też masę czasu dla siebie, w końcu mogłam się naprawdę solidnie wyspać - pierwszy raz od 6 lat. Nawet nie wiecie jak bardzo…

Suseł Testuje - Woda brzozowa

Jakoś na początku tego roku moje włosy zastrajkowały i zaczęły wypadać na potęgę. Podobno powinno nam wypadać około 100 włosów dziennie, zdaje się, że ja wyrabiałam tygodniową normę w dwa dni. O przetłuszczaniu się nawet nie wspominam bo z tym zawsze był problem. Moja koleżanka wspomniała o wodzie brzozowej, która pomogła jej poradzić sobie z tym problemem. Postanowiłam zgłębić temat, zrobiłam mały risercz w internecie i postanowiłam toto kupić. Tu pojawił się problem, nie było jej nigdzie. Poza tym trochę głupio czułam się pytając w sklepach o wodę brzozową, od razu przypominała mi się scena z ''Misia'' ;). W końcu udało mi się ją dostać. Za 125 ml zapłaciłam niecałe 7 zł, cena więc jest całkiem przyjemna. Zastanawiałam się na początku jak jej używać, czy zorganizować jakieś psikadło i rozpylać na skórę głowy czy pójść trudniejszą drogą i lać prosto z butelki, rozdzielając włosy i wmasowując ją w skórę kawałek po kawałku. Jako, że nie lubię sobie ułatwiać, wybrałam opcj…

Borne Sulinowo - Miasto Widmo

Dzisiaj mam dla Was kilka zdjęć z wypadu do Bornego Sulinowa, o którym wspominałam ostatnio. Bardzo żałuję, że nie udało mi się zobaczyć tego miejsca przed rozebraniem większości budynków. Musiało robić wtedy niezapomniane wrażenie, chociaż i teraz ma w sobie to coś, taki okruch tajemnicy ;) Mam nadal uczucie, że z Chomickim nie widzieliśmy wszystkiego i bardzo chciałabym tam wrócić. Sęk w tym, że wszystkie te ''tajemnicze miejsca'' ciężko jest znaleźć. Miasto podobno wytyczyło ścieżkę turystyczną dla turystów, ale na nią nie trafiliśmy. Poszliśmy ''na dziko'' ;)  Namawiam Chomickiego na powtórkę z rozrywki, ponowną wycieczkę i ''doobejrzenie'' tego, czego nie widzieliśmy. Tymczasem trochę obrazków:


















Powyżej dawne obiekty wojskowe, poniżej opuszczone osiedle. Do niektórych budynków nie było łatwo wejść, a w środku miało się wrażenie, że albo sufit zaraz runie na głowę albo podłoga zarwie się pod stopami. Cudowne uczucie ;D





Suseł kosmetycznie

Tak na wstępnie, bo wstęp musi być jak nie raz powtarzała mi moja polonistka z podstawówki, uprzedzam że Suseł jest kobietą nietypową i kosmetyków używa niewiele. Teraz rozwinięcie. Na dzień dzisiejszy jest ich zdecydowanie za dużo. Mam kilka nietrafionych produktów, kilka prezentów i kilka rzeczy, które dostałam jako konsultantka Avonu.
Stan wszystkich moich kosmetyków na dzień dzisiejszy:

Jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne to nie potrzebuję ich dużo: płyn micelarny, krem pod oczy, krem na dzień, krem na noc (czasem zastępuję ja kremami 24h), peeling do ciała, balsam do ciała, krem nawilżający do stóp, żel pod prysznic, płyn do higieny intymnej, szampon do włosów, odżywka do włosów plus lakier oraz antyperspiranty. W tej chwili niektóre produkty mam zdublowane, szczególnie balsamy do ciała, więc staram się je sukcesywnie zużywać. 
Stan obecny:


Stan do którego dążę:


Nie używam balsamów modelujących pośladki, brzuch czy biust, serum do twarzy, masek do twarzy, masek do dłoni i stóp, racz…

Będę szczęśliwa jeśli schudnę

Nie jestem w stanie policzyć ile razy słyszałam to zdanie. Zresztą nie to jedno, wiele zaczynających się od ''Będę szczęśliwa jeśli...'' Wielokrotnie uzależniamy swoje szczęście, dobre samopoczucie czy powodzenie w życiu od czegoś innego. Dlaczego nie możemy być szczęśliwi teraz? Dlaczego warunkujemy szczęście? Trochę z wygody. Dajemy sobie prawo do bycia nieszczęśliwymi jeszcze przez jakiś czas, aż osiągniemy swój cel. Problem w tym, że często do jego osiągnięcia potrzeba trochę wysiłku, a nam się po prostu nie chce. Łatwiej jest być nieszczęśliwym. W czym tak naprawdę przeszkadza te kilka kilo więcej, nie mieścisz się w sukienkę? Kup inną, na pewno będziesz w niej wyglądać świetnie. Faceci nie zwracają na Ciebie uwagi? Na pewno nie dlatego, że masz fałdkę na brzuchu, raczej dlatego że chodzisz z nosem na kwintę i wiecznie narzekasz. Nie możesz znaleźć pracy? Na pewno nie dlatego, że ważysz więcej niż 50 kg, może naprawdę nie nadajesz się na frezera CNC. Uzależniamy si…

Na później

Już jakiś czas temu zauważyłam jak wiele rzeczy odkładamy na później, na inną (w domyśle lepszą) okazję. A co, jeśli ta lepsza okazja nie nadejdzie? W życiu różnie bywa, dzisiaj oglądamy chmurki na niebie a jutro możemy wąchać kwiatki od dołu. Nie da się niczego przewidzieć więc i odkładanie na później nie ma większego sensu. Chodzi mi zarówno o odkładanie na przyszłość planów, jak i korzystanie z rzeczy, do tej pory odkładanych ''na specjalne okazje''. W moim otoczeniu osobą, która króluje w odkładaniu czegoś na później jest moja babcia. Jej szafa pęka w szwach od rzeczy odłożonych na później. Jest tam pełno ubrań, pościeli i innych bliżej nie sprecyzowanych przedmiotów. Lata temu dostała na jakąś okazję bardzo ładny szlafrok (na poprzedni narzekała, wiec zakup był celowy), w pasującym do niej kolorze, cieplejszy od poprzedniego, wręcz idealny. I co? Babcia oddała szlafrok kotu. Miękki jest i puchaty więc Pan Kocur go uwielbia. Szlafrok został zdegradowany do roli przy…

Bo w domu musi pachnieć

Miłość do zapachów wyniosłam z domu. Moja mama zawsze pięknie pachnie. Za tym idzie też zapach w domu.
Testowałyśmy wszystkie metody, jakie przyszły nam do głowy. Wkłady do kontaktów nie bardzo się sprawdzały bo moja babcia się od nich dusiła albo jej śmierdziały trupem ewentualnie lizolem, zależało od dnia. Nie wiem czy to jakieś astmatyczne sprawy czy jej specyficzny odbiór zapachów, ale z konieczności przeszłyśmy na mniej intensywne świeczki. Kiedy zaczęłam mieszkać z Chomickim dostaliśmy od jego rodziców takie urządzenie, które robiło psik i rozpylało zapach. Ten dźwięk niejednego naszego gościa doprowadził niemal do zawału ;) Potem poszaleliśmy z wkładami do kontaktów, miałam fazę kadzidełkową i w efekcie wróciłam do świeczek. Po odkryciu świeczek z Ikei otworzył się dla mnie cały nowy świat. Zakochałam się i gromadzę je jak Kubuś Puchatek miodek na zimę. Mam też swoje ulubione zapachy z Biedronki, ale ostatnio jakoś ciężko jest je dostać w moim mieście. Skusiłam się kiedyś na woski…

Prawie poświątecznie

Przez ostatnie dni objadłam się jak dzikie prosie, to kolejne ze świąt kiedy mój brzuch dosłownie pęka w szwach. Zaskakujące, z moimi upodobaniami i konieczną dietą prawdopodobieństwo, że znajdę dla siebie coś jadalnego jest niewielkie. Tymczasem czuję się jak bardzo okrągłe stworzenie z bardzo krótkimi nóżkami ;)  Co jest w świętach takiego, że w sklepie głupiejemy i kupujemy zapasy jak dla 12 osobowej rodziny na co najmniej miesiąc? Kolejki skutecznie mnie zniechęciły do dłuższego przebywania w sklepach. Zakupy niby ograniczone ale i tak widzę, że masa jedzenia pójdzie do śmieci. Dzisiaj krótko bo w kuchni pachnie tak, że nie mogę się oprzeć i idę węszyć.  Jak tam u Was? Najedzeni czy przejedzeni? Dyngus jest mokry, czy wyszliście z niego sucha nogą? Zajączek był? :)

Sernik, który wychodzi... szybko

Jeśli chodzi o pieczenie ciast to już wspominałam, że wychodzi mi to różnie. Zazwyczaj ciasta nie wyrastają za wysokie. Sernik, o którym chcę Wam opowiedzieć nie musi wyrastać. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Jest to sernik bez mąki, prosty i szybki w przygotowaniu.

Składniki: opakowanie twarogu 500 g., najlepiej gotowego bo po co się bawić z mieleniem. Ja stawiam na twaróg z Pilosa bo na nim wszystko zawsze mi wychodzi, na innych bywa różnie a i cena nie jest zbyt wysoka;kostka masła 200 g., koniecznie masła - nie margaryny czy wyrobów masłopodobnych. Masło ma być tłuste i pachnące ;);4 duże lub 5 małych jajek;budyń waniliowy, w moim przypadku bez cukru;ksylitol zamiast cukru, daję pół szklanki bo nie lubię, kiedy jest zbyt słodki;rodzynki, raz daję mniej, raz więcej, Zależy jak mnie najdzie;proszek do pieczenia, tak około płaskiej łyżki.;czekolada na polewę. Zazwyczaj robiłam swoją własną polewę z mleka, masła, ksylitolu i kakaa, ale niestety ze względu na ksylitol zamiast cuk…