wtorek, 21 marca 2017

Share Week 2017

Bardzo długo zastanawiałam się kogo w tym roku Wam przedstawić. Tym bardziej że moje blogowe zainteresowania nie zmieniły się za bardzo, czytam te same, już i tak najczęściej popularne blogi. 
Sama idea share week jest tak popularna, że nie mam zamiaru jej tu przytaczać. Jeśli nie wiesz o co chodzi, wygogluj :)

Nie wiedziałam jakim kryterium się kierować przy wyborze mojej topowej trójki. Czy tym co czytam najczęściej i najchętniej? Czy polecić kogoś, kogo możecie nie znacie?

Postawiłam na te dwa kryteria i w tych ramach mam 3 blogi.



Na pierwszy rzut coś, czego być może nie znacie. greentime.pl czytam od wielu lat. Katarzyna to kobieta silna, szalona i mimo wszystko niezwykle optymistyczna. A tych ''mimo'' jej nie brakuje. Zapraszam Was serdecznie do poznania świata Trolli i Borsuka.



Kategoria druga czyli co czytam najchętniej. aniamaluje.com raczej Was nie zaskoczy bo wspominałam o niej wielokrotnie😊 Ania dała i daje mi niesamowitą energię i przekonanie, że można wszystko. Pochłaniam absolutnie każdy wpis, który się u niej pojawia, a jej przygody w Azji raportowane na instastories  były punktem obowiązkowym każdego wieczoru. 



Nowość czytana od niedawna ale pochłonięta w całości.  lifemanagerka.pl i jej poniedziałki freelancera zmieniły moja wizję pracy na własny rachunek. Jej wiedza jest poparta doświadczeniem. Nie ukrywa swoich pomyłek i potrafi przyznać się do niedoskonałości. No i ma fajnego psa :)

Poza tymi trzema blogami czytam stale kilka innych. Nie zawsze komentuję bo nie mam takiej potrzeby ale jestem stale u simplicite.pl, simplife.pl, martapisze.pl, wyrwanezkontekstu.pl, drlifestyle.pl, happyholic.pl, riennahera.com oraz ubierajsieklasycznie.pl.
Staram się inspirować ludźmi, którzy tworzą coś wartościowego i sami w sobie tworzą dla mnie wartość.


P.S. Jesteśmy już przeprowadzeni. Próbuję się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Jest dziwnie ale cudownie :D

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

czwartek, 2 marca 2017

Kredytobranie




Decyzja o wzięciu kredytu hipotecznego nie była dla mnie łatwa. Świadomość 30 letniego obciążenia poważnym zobowiązaniem nieco mnie przytłaczała i przerażała. Ryzyko utraty pracy jest obecnie bardzo wysokie a nie jesteśmy na razie w stanie utworzyć takiej poduszki finansowej, aby żyć spokojnie z kredytem przez dłuższy czas. Poza tym wszystko się może zdarzyć :) 


Podejście pierwsze czyli nie wiemy nic o niczym

Zaraz po ślubie ruszyliśmy na poszukiwanie mieszkania idealnego. Mieliśmy jasno określone jakie mieszkanie chcemy: 3 pokoje, około 55 metrów, z balkonem, maksymalnie 2 piętro i niedaleko miejsca, w którym mieszkamy. Ambitnie przeszliśmy do tematu bo takie metraże nie są tanie. Początkowo napaliliśmy się na mieszkanie w stanie deweloperski bo wiadomo, wszystko nowe, wszystko po naszemu. Okazało się jednak, że w naszym mieście deweloperzy budują po primo na obrzeżach bez sensownego dojazdu, po secundo klitki dla chomików. Nie wiem jaki sens jest w budowaniu mieszkania 3 pokojowego, 50 metrów i z tego 7 metrów to korytarz. Długa, wąska kiszka, w której nawet szafy się nie wstawi. Wcześniej nie interesowaliśmy się kredytami i nie mieliśmy pojęcia o wszystkich kosztach. Zupełni laicy, którzy naiwnie myśleli, że jak mają na wkład własny, to już nic więcej nie potrzebują. Ha! Wkład własny to dopiero początek długiego szlaku wydatków. Nasze finanse rozjechały się z rzeczywistością i musieliśmy odłożyć plany na kilka miesięcy. 



Podejście drugie i zmiana oczekiwań, która wyszła nam na dobre

Po kilku miesiącach ostrzejszego oszczędzania, udało nam się odłożyć kwotę, która według naszych szacunków powinna wystarczyć. Codzienny risercz ogłoszeń uświadomił nam, że deweloperka odpada nie tylko ze względu na lokalizację i metraże ale też kasę. Koszty wykończenia mieszkania od dewelopera są tak wysokie, że potrzebowalibyśmy jeszcze kilku lat oszczędzania. Taka opcja nie wchodziła w grę. 
Znaleźliśmy kilka interesujących ofert, z których połowa okazała się nieaktualna (szczególnie na otodom i gratka.pl znajdziecie ogłoszenia, które dawno straciły ważność, a widnieją jako aktywne), a druga połowa lepiej wyglądała na zdjęciach niż w rzeczywistości. 
Nasze kryteria coraz bardziej się zmieniały. Ilość pokoi pozostała taka sama ale uznaliśmy, że 50 metrów to za mało i zwiększyliśmy wymagania do 60 metrów. Początkowo zależało nam na budynku, który powstał po roku 2000 ale te oferty znikały błyskawicznie i nie mogliśmy się wstrzelić. Zwiększając metraż podnieśliśmy automatyczni cenę więc gdzieś musieliśmy szukać oszczędności. Stanęło na wyposażeniu. Niech to mieszkanie ma w cenie jak najwięcej: szafy, sprzęty, cokolwiek z rzeczy które musielibyśmy kupić. 

TO ogłoszenie przyciągnęło mnie kolorem ścian w toalecie. Nie wiem dlaczego ale 70% mieszkań, które oglądałam miało zielone ściany 😀 To również, a jakże ale powaliła mnie toaleta: wściekła czerwień! 😅 Wyobraziłam sobie jak siedzę i załatwiam swoje sprawy z takim nerwem... 😲

Pojechaliśmy. Zobaczyliśmy. Stwierdziliśmy że musimy je mieć. Ta wściekła czerwień, metraż, ustawność pomieszczeń, widok z balkonu, wyposażenie w cenie, to COŚ sprawiły, że nawet 4 piętro bez windy nam nie straszne. Gdzie nie chcieliśmy słyszeć o czymś wyżej niż 2 piętro! 😀 Oczekiwania vs rzeczywistość? Rzeczywistość zdecydowanie wygrała.


Niebawem zapraszam na kolejny wpis o naszej przygodzie z kupnem własnego M.


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

niedziela, 19 lutego 2017

Zbiornik #3

Siedząc ostatnio w pracy myślałam o tym, jak wiele wydarzyło się w moim życiu na przestrzeni 2016 roku. Tyle dobrych rzeczy, o złych staram się nie myśleć (chociaż kocie łapki śnią mi się po nocach).
Mamy już za sobą większą część lutego, a u mnie dalej się dzieje.
Kupiliśmy mieszkanie. Przeboje z tym związane i moje przemyślenia o udzielaniu kredytów hipotecznych  to temat na osobny post. Na dniach się przeprowadzamy, czego już nie mogę się doczekać i usiedzieć na miejscu też bo zastanawiam się co i jak spakować i jak to będzie i czy wszystko nam się uda zrobić tak, jak chcemy.... itd., itp. Kociokwik taki.
W pracy news za newsem i bardzo jestem ciekawa do czego to wszystko zmierza. Bo do czegoś zdecydowanie tak. Prowadzi mnie to do myślenia o planie B na życie, który każdy z nas mieć powinien dla swojego spokoju i poczucia bezpieczeństwa.


Zawłaszczyłam dla siebie kolejny kawałek internetu i stworzyłam Sploty Karolińskie czyli miejsce, gdzie chcę się z Wami dzielić moim rękodziełem. Zakochałam się w robótkach ręcznych, wychodzą mi i nie mam zamiaru trzymać ich tylko dla siebie. Zajrzyjcie i jeśli coś Wam wpadnie w oko to dajcie znać, chętnie coś tam wydziergam. Z racji mocno ograniczonego czasu nie ma tego na razie dużo ale z drutami i szydełkiem spędzam prawie każdą wolną chwilę.
Zastanawiałam się czy powinnam o tym tutaj pisać i jak to odbierzecie. Nie chciałabym natrętnie się reklamować bo bardzo tego nie lubię u innych ale z drugiej strony nie mam się czego wstydzić, a czasem mam wrażenie, że temu służy okrajanie grona, które o moim rękodzielnictwie wie.
Chyba obijam się o neurotyczność ostatnio ;) Być może ma na to wpływ koszmarne zmęczenie, które ciągle odczuwam. Zwalam to na zmiany pogody, które zawsze wpływały na moje samopoczucie. Niedługo zacznie się wiosna, czyli okres dla moich dolegliwości żołądkowych najgorszy. Plus alergie na pyłki, kwiatki i inne robaczki. Witaj wiosno, jak bardzo na Ciebie nie czekam :P


Zapewne moja ostatnia dieta nie sprzyja dobremu samopoczuciu. Odpuściłam sobie za bardzo, pochłaniam ilości cukru, jakie kiedyś położyłyby mnie do łóżka na kilka dni. Teraz tak nie jest i dlatego sobie pozwalam, co jest bardzo kiepską decyzją. Zapewne w końcu to odchoruję. Odkryłam produkty bez laktozy, po których czuję się zupełnie dobrze więc nadrabiam lata bez jogurtów i mojej miłości czyli płatków z mlekiem. Nie musli, zwyczajnych, niezdrowych, słodkich cheeriosów albo chocapic ;) Musli nie znoszę. 



Dla równowagi intensywnych tygodni, postanowiłam że w niedziele robię tylko to, co sprawia mi przyjemność. Dużo w tym Grey's anatomy i czytania :) Polecam Wam takie mega hedonistyczne dni raz na jakiś czas.
 
Wszystko to co powyżej i mnóstwo innych rzeczy sprawia, że komputer pokrywa się kurzem, a ja namiętnie odświeżam na facebooku stare posty. Cieszę się, że dalej tu jesteście, czytacie i zaglądacie, nawet kiedy mnie tu nie ma ;) Duchowo jestem, fizycznie wychodzi jak zwykle.


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

niedziela, 12 lutego 2017

Let's talk about money



Pieniądze w Polsce to jeden z tematów tabu. Zwyczajnie o tym nie mówimy. O tym ile zarabiamy. Bo o tym ile wydajemy już wprost przeciwnie. Wszyscy bardzo chętnie mówią, że musieli "tyyyyyle wydać bo". Że zawsze tych pieniędzy za mało. 
Cóż, narzekanie to masz sport narodowy. 
Nawet jeśli ktoś pieniądze ma, wystarczają mu bez problemu, to i tak będzie narzekać, żeby nie odróżniać się od reszty. Robimy cudy, żeby ukryć nasz stan posiadania przy jednoczesnym obnoszeniu się z nim. Taki paradoks. 
Nie mówimy o pieniądzach bo to niebezpieczne. Bo ktoś będzie chciał nas okraść. Bo obudzimy zawiść otoczenia. Bo po co ktoś ma wiedzieć. 
Każdy z tych powodów ma sens i każdy z nich rozumiem, co nie zmienia faktu, że śmieszą mnie wybiegi które ludzie dookoła stosują, żeby nie przyznać się do swoich zarobków. Z drugiej strony wydaje nam się, że wszyscy zarabiają więcej niż my. Że oni na pewno mają pieniądze bo.... i tu wyliczanka. 
To że mają je dzięki rozsądnemu gospodarowaniu jakoś nikomu do głowy nie przyjdzie. 
Zazdrościmy. Obgadujemy. 

- Bo ta Zośka z warzywniaku pojechała z mężem do Tunezji, wtedy co te zamachy były.
- I co, stało jej się coś? 
- Nie. To w innym mieście było. 
 - A... szkoda, odechciałoby jej się zagranicznych wakacji.

Taka rozmowę kiedyś słyszałam. Szkoda, ze Zośce z warzywniaka nic się nie stało bo ja czelność jeździć na wakacje. Za granicę! Kiedy nas nawet na Mazury nie stać! 
Rządzimy się cudzymi pieniędzmi. Mówimy innym na co powinni, a na co nie powinni wydawać. Jakiś czas temu kupiłam sobie nowe buty, wykład jaki usłyszałam na temat kupowaniu butów trwał dłużej niż niejeden jaki miewałam na studiach. Bo śmiałam iść do Wojasa a nie Deichmanna. Ja bezczelna... 
Media grzmią o emerytach oszukanych na wnuczka. Biedni emeryci, którzy stracili kilkadziesiąt, ba kilkaset tysięcy. Skąd mieli?!? Z tych podobno nędznych emerytur? Niby tacy biedni, a tyle mieli w skarpecie... Sama byłam w grupie zastanawiające się skąd mieli, ile mieli, jak śmieli mieć. Niedawno przyszło do mnie oświecenie. Powinno pojawić się od razu ale Suseł ostatnio nie należy do zbyt bystrych. Rozprasza mnie kwestia pieniędzy właśnie ale o tym kiedy indziej. Wracając do emerytów i ich oszczędności. No właśnie. Oszczędności. Te stracone pieniądze mogły być oszczędnościami ich życia. Myślicie że nie da się odłożyć 50 tysięcy? Da się. Do tego rozsądne inwestowanie i można uzbierać całkiem niezłą sumę.

Zmierzam do tego, że nie wiemy skąd ludzie mają pieniądze i nie powinno nas obchodzić czy odkładali całe życie czy kradli. Nie nasza sprawa. Po jakie licho się wtrącać?


Muzyczny dodatek do tematu, jakoś tak bardzo mi pasuje ;)

Kilka dni temu zaczęło się Wyzwanie 30 dni na ogarnięcie finansów, któremu patronuje Marta z bloga martapisze.pl
Nie mam dużych problemów z zarządzeniem moimi finansami, uznałam jednak, że warto do zadania dołączyć bo może dowiem się czegoś nowego. Poza tym lubię takie akcje ;) Co dwa dni dostaję maila z zadaniem do wykonania, jak na razie zadania są proste i przyjemne. Planuję post podsumowujący na koniec, zobaczymy co z tego wyjdzie.


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

czwartek, 2 lutego 2017

Suseł Testuje: Philips Sonicare, Kallos Banana, Tołpa



W ostatnich miesiącach trafiło do mnie kilka produktów, z których jestem wyjątkowo zadowolona. Dwa były wynikiem intensywnego riserczu, a jeden spontanicznym zakupem na promocji. Do tej pory nie było u mnie wpisów stricte kosmetycznych i nie zamierzam zmieniać profilu bloga i zacząć paplać o mazidłach, ale te trzy rzeczy zwróciły moją uwagę na tyle, że chcę Wam o nich wspomnieć.


Elektryczna szczoteczka do zębów Philips Sonicare.
Ze szczoteczką elektryczną mam do czynienia już od kilku lat. Jestem zachwycona jej działaniem i na zwykłą szczoteczkę patrzę teraz krzywym okiem. Miałam do tej pory zwykłą, podstawową szczoteczkę Oral - B. Zmieniałam tylko rodzaje końcówek. Nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia, ale Sonicare to zupełnie inna bajka. W internetach możemy przeczytać, że:

"Szczoteczka soniczna należy obecnie do grona najlepszych szczoteczek elektrycznych. Swoją pozycję zawdzięczają połączeniu niezwykle szybkich ruchów włókien (o częstotliwości dźwiękowej) z zastosowaniem ruchu wymiatającego. To połączenie wyraźnie pomaga w skutecznym czyszczeniu  zębów. Fale dźwiękowe generowane przez szczoteczki soniczne rozchodzą się w płynie (woda, ślina) i generują powstawanie chmury bąbelków docierających do miejsc niedostępnych dla klasycznej szczoteczki. Wszystko to sprawia, że szczoteczki soniczne wyjątkowo skutecznie czyszczą powierzchnie zębów i przestrzenie między zębowe, a ponadto nie powodują recesji dziąseł i nadmiernego wycierania szkliwa."

Mam wersję podstawową ale są też inne z bajerami. Szczerze i uczciwie stwierdzam, że te bajery to zbytek. W końcu w myciu zębów chodzi o to, żeby je umyć ;) A soniczna szczoteczka Phillips Sonicare robi to doskonale.
Mega plusem jest bateria, na jedynym ładowaniu szczoteczka pracuje miesiąc (!) co było marzeniem przy szczoteczce Oral - B.
Nie napalałam się na widoczne wybielenie zębów bo w cuda nie wierzę (a mam kość żółtą z tendencją do ciemnienia, więc wybielanie jest dla mnie istotną kwestią) ale widzę minimalną różnicę. Minimalną ale jest czyli kolejny plus ;)



Odżywka do włosów Kallos Banana.
Już od jakiegoś czasu miałam na nią ochotę ale uparłam się, że najpierw zużyję wszystko co mam w domu. Kiedy wyskrobałam resztkę posiadanej odżywki z radością i w podskokach popędziłam do Hebe po Banana. Trafiłam na promocję i za opakowanie 1000 ml zapłaciłam 9,99 zł. Takie zakupy to ja rozumiem ;)
Odżywki Kallosa to dla mnie nie nowość, miałam już dwie z których byłam względnie zadowolona.
Z Banana jestem zadowolona na poziomie przekraczającym moje oczekiwania.


Rozjaśniam włosy, co nie wpływa na nie dobrze. Sezon jesienno - zimowo - wiosenny nie jest dla nich łaskawy bo końce często są ściśnięte szalikiem czy schowane pod bluzą (w pracy nadal ubieram się jak na sybiraka przystało) i wpływa to znacznie na ich kondycję. Czapek nie noszę bo nie znalazłam jeszcze takiej, w której czułabym się dobrze i która nie robiłaby z moich włosów imitacji mopa z lat 90 - tych. Dlatego też najbardziej problematyczne rejony to końcówki włosów oraz grzywka, która żyje własnym życiem i muszę ją codziennie opanowywać szczotą i suszarką. Staram się włosów nie suszyć, nie prostuję ich, nie modeluję, nie kręcę, Myję, schną same (poza anarchistyczną grzywką) i tyle. Od wielkiego dzwonu wyciągnę je na szczotce. 
Generalna kondycja włosów nie była zła ale po Bananie jest widoczna poprawa. Końce się nie rozdwajają i nie puszą. Włosy nie są przesuszone, ani zbyt mocno obciążone. Są w idealnej równowadze. Jestem absolutnie zachwycona! Tym bardziej, że pod względem ekonomicznym jest to świetny zakup. Nadal myję włosy odżywką więc ważne jest dla mnie, żeby to była dobra odżywka. No i ten zapach...



 Krem pod oczy Tołpa.
To jest właśnie ten spontaniczny zakup na promocji w Rossmanie. Skończył mi się krem pod oczy i już sięgałam po standardowe u mnie AA 30+, kiedy mój wzrok padł półkę wyżej. A tam Tołpa. Złotówkę tańsza. Wzięłam
Nie dla tej złotówki ;) Już od przygody z kremem BioIQ skłaniam się do coraz to bardziej naturalnego składu. Kremy AA jak do tej pory mnie satysfakcjonowały ale zauważam, że przestają mi wystarczać. Zamiast iść w stronę chemicznych wynalazków, wolę jednak postawić na naturę. Stąd właśnie decyzja o kupnie kremu pod oczy z Tołpy.
Krem ma za zadanie rozjaśniać cienie pod oczami i wygładzać. Z cieniami nigdy nie miałam większego problemu ale myślę, że mogą się już zacząć pojawiać więc zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć, krem radzący sobie z tym problemem jest jak znalazł. Wygładzanie za to jest dla mnie bardzo istotne. Zmarszczki w okolicy oczu mam od zawsze bo po primo: często się śmieję i uśmiecham, po secundo: mam problemy ze wzrokiem, więc często marszczę twarz w nadziei, że wyostrzy mi to spojrzenie. Po trzydziestce moje lekkie zmarszczki przestały już tak lekko wyglądać i bez odpowiedniego kremu wyglądam na bardzo zmęczoną. Nawet jeśli nie jestem. Krem z Tołpy bardzo dobrze sobie radzi. Zmarszczki nie zniknęły, takich cudów nie ma, ale są mniej widoczne i tyle mi wystarczy. Skóra jest napięta i nawilżona i o taki efekt mi chodziło.
Firma urzekła mnie diagramem, który zamieścili w środku opakowania:



Nie wiedziałam, że skóra najlepiej przyjmuje kosmetyki odżywcze  między godziną 17 a 22, ani że potrzebuje 7 godzin snu. Takie małe odkrycie przy okazji, które nieco wpłynie na moją pielęgnację twarzy.


Przez ostatnie 3 dni śpię zdecydowanie więcej niż 7 godzin, co widać zarówno po włosach jak i skórze. Po zębach niespecjalnie ale jeszcze nikt nie opublikował teorii o wpływie snu na stan uzębienia, więc może o czymś nie wiem :) 
Jakichkolwiek kosmetyków i gadżetów byśmy nie używali, to jednak sen jest najlepszy dla naszego organizmu. Ma on czas na regenerację, nie musi zajmować się wszystkimi procesami, do których zmuszamy go w ciągu dnia.
Starajmy się więc spać jak najwięcej, znajdźmy optymalną dla siebie ilość godzin i trzymajmy się jej. Pilnujmy higieny snu i nie żałujmy go sobie. Wyspany organizm odwdzięczy nam się lepszym funkcjonowaniem w ciągu dnia. 


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

niedziela, 15 stycznia 2017

Dom zagubionych dusz F.G. Cottam

Moja recenzja trylogii ''Niezgodna" jest niezmiennie najpopularniejszym postem na blogu, postanowiłam więc pociągnąć tematykę recenzji. Czytam dużo ale raczej nie najpopularniejsze tytuły z Instagrama. Mam nadzieję, że wśród tytułów, o których będę wspominać, każdy znajdzie coś dla siebie.

Tak szczerze i uczciwie to mało która książka zachwyci czy zainteresuje mnie tak, żebym chciała o niej wspomnieć. Są jednak wyjątki.
  


''Dom zagubionych dusz'' wpadł mi w ręce już dawno ale jakoś nie mogłam się do niego zabrać. Naprawdę nie rozumiem skąd moje ociąganie bo książka błyskawicznie mnie wciągnęła. Jeśli chodzi o gatunek to jest to coś na pograniczu fantasy i powieści grozy. Dreszczyki pojawiały się w czasie całej lektury. 

W swojej autobiografii Joanna Chmielewska wspominała jak w dzieciństwie czytała jakąś powieść grozy właśnie, coś o garbatym koniku (???). Jedna z jej ciotek, na widok skulonej na krześle i zaczytanej siostrzenicy, rzuciła tekst "o, stoi za Tobą". Małą Irenkę (bo tak naprawdę miała na imię królowa polskiego kryminału) przeraziło to tak, że bała się opuścić nogi na ziemię i długo bała się ciemności.




"Dom zagubionych dusz" powodował u mnie podobne objawy 😊
Czytam zazwyczaj rano, przed wyjściem do pracy, kiedy na dworze jest ciemno, a w domu czają się cienie. Przy końcówce z obawą rzucałam okiem na ciemność w przedpokoju bo wydawało mi się, ze coś się tam rusza 😊

Wbrew temu, co można przeczytać na okładce, książka nie jest o czterech studentkach. Nie jest też o Nicku Masonie. Jest o Paulu Seatonie. 
O tym jak zmieniło się jego życie dzięki wizycie w domu Fishera. 
Co się tam wydarzyło, dlaczego Paul widzi ludzi i rzeczy z przeszłości? 
Kim był Fisher i co się stało z Pandorą? 
Gdzie zniknęła Lucinda? 




F.G.Cottam pisze lekko i spójnie. Bohaterowie są mocno zarysowani i mają charakter. Nawet ci drugo i trzecio planowi, co ja akurat bardzo cenię. 

Czuć atmosferę tamtych lat, w tle słychać niepokojące dźwięki ragtimeu. Niepokój przy czytaniu pojawia się w niespodziewanych momentach. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to to, że to co wydarzyło się w domu Fishera i miało tak ogromny wpływ na Paula pozostawia niedosyt. Niemniej mną się lepiej nie sugerować bo ja uwielbiam krew i flaki 😆 

Moja ocena to 7/10 czyli całkiem nieźle. Polecam jeśli lubicie powieści grozy ☺ 

Ja chętnie sięgnę po kolejną książkę F.G. Cottama.

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

niedziela, 8 stycznia 2017

Depilacja laserowa rok później - warto było?


Kwestia owłosienia na nogach była moim problemem odkąd pamiętam. Frustrowało mnie to, ograniczało i często czułam się źle sama ze sobą. Zdarzały mi się nawet sny, w których desperacjo szukałam czegoś, czym mogłabym ogolić swoje nogi bo zarosły, a miałam na sobie krótkie spodenki/spódnicę/same gatki/w porywach gołe dupsko i nogi były widoczne w pełnej krasie. Budziłam się spocona i z mocno bijącym sercem bo nie udało mi się sierści pozbyć, a na horyzoncie zobaczyłam człowieka, który zaraz miał zobaczyć mnie. I TE nogi!!!
W którymś momencie stwierdziłam, że musi być jakieś wyjście. Znalazłam je i zastosowałam ;)
O moich kolejnych krokach i pierwszym zabiegu pisałam we wcześniejszych postach.

Depilacja laserowa vol 1: Słowem wstępu

Depilacja laserowa vol 2: Pierwszy zabieg

 

Dzisiaj, rok po pierwszym zabiegu, chcę Wam opowiedzieć co się działo od tego momentu, jaki jest efekt, czy jestem zadowolona i czy było warto.

 

W sumie miałam 8 zabiegów na nogi, po 4 na uda i łydki oraz 5 na pachy.

 

 

Początkowo moje włoski były bardzo ciemne, gęste i błyskawicznie rosły. Pierwszy zabieg przerzedził je i lekko osłabił, drugi wyeliminował kolejne włoski, po trzecim bardzo mocno się zastanawiałam się czy jest sens iść na kolejny ale coś tam jeszcze rosło więc, będąc konsekwentną, poszłam. 
Teraz jestem prawie dwa miesiące po czwartym zabiegu, na nogach rośnie mi przezroczysty i bardzo rzadki meszek. Absolutnie go nie widać, chyba że pod światło. 
Pachy zareagowały zdecydowanie szybciej, wystarczyły 3 zabiegi, żeby wszystkie włoski zniknęły.

 

 

 

Moja zmora zniknęła i jestem z tego powodu niesamowicie szczęśliwa. Już nie śnią mi się koszmary ;) Polecam tą metodę każdemu, kto ma problem z owłosieniem lub chce się go pozbyć dla wygody po prostu. Niemniej nie jest to metoda dla każdego.
Jeżeli nie jest się odpornym na ból, może być ciężko. Nie ukrywajmy, to boli. Pierwszy zabieg był znośny, drugi bolał jak cholera, trzeciego się bałam bo wiedziałam, że moc lasera będzie wtedy zwiększona. Przeżyłam, nie był gorszy niż drugi. Czwarty zabieg był o wiele przyjemniejszy. Przez to, że 90% włosków nie było, laser nie miał w co wnikać i dzięki temu nie bolało.
Jeżeli jest się leniuchem i nie chce się nawilżać wydepilowanej partii ciała kilka razy dziennie, to również nie jest zabieg dla Ciebie. O skórę podrażnioną depilacją trzeba dbać. Ja smarowałam ją minimum dwa razy dziennie specjalnie do tego dobranymi środkami.

 

 

Dzięki złośliwości rzeczy martwych wcięło mi cały post o pielęgnacji skóry po zabiegu. Nic to, skórę po prostu trzeba nawilżać ;) Dla mnie idealny był krem Alantan. Łagodził cudownie, jedynym minusem był dosyć intensywny zapach, który przechodził przez ubrania i wnikał w nie tak, że potrzebowały kilku prań.
Poza nawilżaniem istotne jest również mycie skóry delikatnymi żelami ''bezmydłowymi'' i używanie zasypki Alantan. Pierwsze nie podrażnia skóry, drugie sprawia, że nie swędzi.
Depilacja laserem nie jest również dla osób, które nie mają na to pieniędzy. Jak to powiedziała moja znajoma ''trzeba na to w ch...j hajsu'' ;)

 

 

Miałam to szczęście, że gabinet medycyny estetycznej, na który się zdecydowałam, miał w ofercie promocję, dzięki której od czwartego zabiegu włącznie płaciłam tylko połowę ceny i co więcej, przy depilacji nóg pachy były gratis. Uwierzcie mi, to była gigantyczna oszczędność.

Jeden zabieg na całe nogi to koszt 850 zł. Szybka matematyka i już wiadomo, że wydałam małą fortunę. Żeby tą fortunę zgromadzić ciułałam każdy grosz przez półtora roku, brałam wszystkie możliwe fuchy i nadgodziny. Chcieć to móc. Zawzięłam się i sama jestem sobie wdzięczna za ten upór.

Pomimo wizji koszmarnych tortur chciałam też wydepilować sobie strefę bikini, ale chęć posiadania własnego M, w którym będzie na czym siedzieć i na czym spać, przeważyła :) Nie znaczy to, że się nie zdecyduję za jakiś czas.

To uzależnia. Przyznaję. Zapewne działa tu podobny mechanizm jak przy operacjach plastycznych czy ogólnie ingerencjach w swój wygląd. W końcu to jest ingerencja w wygląd!

Jeżeli zastanawiacie się nad zabiegiem depilacji laserowej to szczerze Wam polecam zapoznać się z tematem przed podjęciem decyzji o zabiegu. Możecie rzucić okiem na moje wcześniejsze posty, gdzie starałam się zawrzeć wszystkie najważniejsze informacje. Przestrzegam przed robieniem tego u kosmetyczki. Wybierzcie gabinet medycyny estetycznej, gdzie przyjmują ludzie z wykształceniem medycznym i odpowiednim przeszkoleniem. Moja koleżanka z pracy pokusiła się na tańszy zabieg u kosmetyczki właśnie i blizny na nogach będzie zapewne miała do końca życia.



Post nie jest sponsorowany ;) A szkoda ;P  



Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.