Przejdź do głównej zawartości

Na czym można się wyłożyć przy kredycie? Z doradcą czy bez? Kredytobranie część druga

Otrzymanie kredytu to nie taka prosta sprawa. Ilość formalności, które trzeba załatwić, godzin poświęconych na doczytywanie i poszerzanie wiedzy, której normalny człowiek nie posiada, tego nie bierzemy pod uwagę podejmując decyzję o kredycie. Dzisiaj trochę szczegółów okiem świeżego kredytobiorcy :)
 
Jeszcze przed podjęciem decyzji o kredycie, nasłuchałam się dyskusji na temat doradców kredytowych. Dla jednych to ułatwienie i wygoda, dla innych zło wcielone i niepotrzebny koszt. Każdy ma swoje zdanie, każdy ma inne doświadczenia. Razem z Chomickim zdecydowaliśmy się na doradcę kredytowego z polecenia naszych znajomych, którzy już procedurę kredytową mieli za sobą. 
Wielkim plusem dla mnie było nawet nie to, że wielu rzeczy nie musieliśmy robić sami ale to, że dzięki znajomościom naszej doradcy wiele rzeczy udało się przyspieszyć lub załatwić nieoficjalnie. 



Za całą pracę jaka wykonała nie wzięła od nas ani grosza. Wynagrodzenie dostała od banku. Zaraz powiecie, że to co jej zapłaciliśmy było ukryte w kredycie. Otóż nie. Oprocentowanie kredytu z doradcą i bez było identyczne. Podobnie pozostałe warunki kredytu. Sprawdziliśmy. Między bajki można więc włożyć teorię o tym, że idąc samemu do banku wynegocjujesz lepsze warunki. Może kiedyś tak było, nie przeczę. Zmieniają się jednak przepisy, warunki, rynek nieruchomości i to co było np. 5 lat temu teraz wygląda zupełnie inaczej. 


Cała procedura nie była specjalnie skomplikowana. Kiedy już zdecydowaliśmy się na konkretne mieszkanie i wynegocjowaliśmy rozsądną cenę (co okazało się zbawienne, o czym później) sprawdziliśmy nasza zdolność kredytową. Warto to zrobić przed podpisaniem umowy przedwstępnej bo można się zdziwić, że bank nam tego kredytu dać nie chce 😊 My naszą sprawdziliśmy w jednym z trzech banków, które początkowo braliśmy pod uwagę i tutaj nieoceniona okazała się nasza doradca, której znajomości pozwoliły nam zrobić to bez umowy przedwstępnej i w trybie mega przyspieszonym.

Mając już potwierdzenie, że kredyt na taką kwotę dostaniemy, spisaliśmy umowę przedwstępną. W tym momencie musieliśmy zapłacić zadatek, który w przypadku braku zdolności by nam przepadł. Niestety biuro, które zajmowało się sprzedażą naszego mieszkania miało takie zasady. 



Schody zaczęły się już na tym etapie: pośredniczka źle wpisała adres na umowie przedwstępnej co wyszło na jaw w momencie kiedy weryfikator z banku pojechał sprawdzić nieruchomość 😊 (Weryfikator to taki ziom, który sprawdza czy mieszkanie faktycznie jest warte tyle ile kredytu od nich chcemy 😃).

Tak, nie znaliśmy dokładnego adresu. W mieszkaniu byliśmy raz, prowadzeni za rękę przez pośredniczkę i nie zwróciliśmy na to uwagi i do tamtego momentu nigdzie on nie wypłynął. 

Już na samo sprawdzenie mieszkania przez weryfikatora czekaliśmy długo ze względu na obłożenie banku wnioskami z MDM-u, które były realizowane w pierwszej kolejności, a ''normalne'' kredyty odkładano na później. Po wyjaśnieniu sprawy z adresem czekaliśmy dalej. I czekaliśmy. Czekaliśmy. Po ponagleniach naszej doradcy w końcu dostaliśmy informacje, że możemy iść podpisać umowę kredytową. 

Tu objawił się problem nr dwa czyli osoba zajmująca się kredytami hipotecznymi została powalona przez grypę, podniosła się i w tym momencie zmarł jej ktoś bliski. Nie była więc w stanie wrócić do pracy. Nasz kredyt został przekazany innej osobie, która pomyliła dni i nasza umowa nie była przygotowana. Zrobili to na szybko i w końcu ją podpisaliśmy. Kilka dni później okazało się, że w umowie był byk na byku i musieliśmy iść tam po raz kolejny. Nie muszę mówić jak przedłużyło to wszystko? 

Z umową w ręku trafiliśmy do notariusza. Przyznaję, że wybraliśmy najtańszego 😊 Koszt notariusza jest naprawdę wysoki i oszczędność w tym momencie była wyraźna. Dosyć szybko dowiedzieliśmy się czemu Pan Notariusz jest tańszy od innych. Brak kompetencji wpływa na cenę. W akcie notarialnym pojawiły się dane osoby kompletnie z transakcją nie związanej. Zmiany aktu odmówił bo ''jego czas jest zbyt cenny''. Skonsultowaliśmy to z innymi notariuszami i na szczęście ten zapis akurat nie ma znaczenia. Zapis to nawet za duże słowo. Zwyczajnie między wierszami są dane innej osoby, takie oderwane od czegokolwiek. Zastanawia mnie to ile danych on w ten sposób rozpowszechnił.

Generalnie wszystkie opłaty związane z kredytem są uzależnione od wartości mieszkania, dlatego też fakt wynegocjowania niższej ceny okazał się zbawienny. Uwierzcie mi, bez tego nic by nam się nie udało. Wszędzie gdzie się dało negocjowaliśmy ceny i Was również gorąco do tego namawiam. Nie ma się co szczypać. Czasami te kilkaset złotych, na które machnie się ręką przy kredycie na kilkaset tysięcy, okazuje się kluczowe i bez nich kredytu nie weźmiecie.



Kiedy w końcu mieliśmy wszystko podpisane umówiliśmy się na odbiór kluczy. Rzecz jasna tego dnia akurat wszystko nam się (obrazowo ujmując) zesrało i sporo się spóźniliśmy. Odbiór podpisaliśmy na kolanie. Kiedy za poprzednim właścicielem i pośredniczką zamknęły się drzwi, w końcu poczuliśmy, że to mieszkanie faktycznie jest NASZE :)

Dosyć szybko wyszło na jaw w jakie guano wdepnęliśmy :) 

Część trzecia przygody Susła i Chomika ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Co Może Nam Nie Wyjść :)


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bo baby są jakieś inne...

A są. Fakt niezaprzeczalny. Od facetów różni nas tyyyyyle rzeczy, a jedną z nich jest to, że my zupełnie nie potrafimy odpoczywać. Wyobraźcie sobie taką sytuację: bliżej nieokreślony mężczyzna, nazwijmy go Ziutek, idzie na urlop. Taki od dawna wyczekiwany ale niestety tylko tygodniowy. Pierwszy dzień urlopu: Ziutek wstaje rano i łapie za ścierę i pucuje całe mieszkanie na błysk. Potem robi obiad dla współmieszkańców, którzy urlopu nie mają. Po obiedzie prasuje tą stertę, która rosła od kilkunastu dni i groziła już zawaleniem. Dzień drugi urlopu: Ziutek zniesmaczony tym, że brudne okna psują efekt pięknie posprzątanego mieszkania znowu łapie za ścierę. Kiedy okna już błyszczą leci po mopa, żeby zmyć podłogę, która się podczas mycia zabrudziła. Wstawia jakieś pranie i gotuje obiad. Dzień trzeci urlopu: Ziutek zmienia pościel i stwierdza, że w sumie jest dosyć ciepło, można by to wykorzystać bo dawno nie prał kołder i poduszek. Szukając w trzewiach mieszkania zapasowego kompletu (Ziutek jes…

Dlaczego nie chcę mieć dziecka

Od kiedy zaczęłam świadomie myśleć o dzieciach, uważałam, że będę je mieć. Nie jedno bo sama jestem jedynakiem i wolałabym aby moje dziecko miało rodzeństwo. Wbrew pozorom życie jedynaka nie jest takie łatwe, lekkie i przyjemne. Bywa samotne i mając wybór wolałabym tego swojemu dziecku darować.
Dużo dużo później, kiedy poznałam Chomickiego, stwierdziłam że chciałabym te dzieci mieć z nim. Uważam że jest świetnym materiałem na rodzica.
Czas mijał, moje bliższe i dalsze koleżanki mnożyły się intensywnie i dookoła mnie było pełno słodkich bobasów. Przyszła mi do głowy myśl, że teraz jest ten moment. Po czym straciłam pracę i moment szlag trafił. Cały czas chodziła mi po głowie myśl, że czas mija, a moja macica niczyja, a bezrobocie skutecznie odwlekało wszystko w czasie. Byliśmy w stanie utrzymać siebie i tylko siebie. Jeszcze miesiąc bez pracy i nie byłoby ciekawie.
Teraz teoretycznie jetem w idealnej sytuacji do prokreacji ale... Nie jestem okazem zdrowia. Wśród moich chorób jest przesymp…

Będę z Wami szczera

Bardzo mocno zastanawiałam się nad publikacją tego postu. W końcu stwierdziłam, że mam to gdzieś - publikuję. Za wszelkie przykre następstwa czytania go nie odpowiadam.


Ostatnio mam wrażenie, że stoję w miejscu.  Ok, dopiero co kupiliśmy z Chomickim mieszkanie, ba! ślub był dla mnie dopiero co. Są to dwie ogromne zmiany, a mimo to czuję, jakby nic się nie działo.  Mam ten problem, że do szczęścia potrzebuję poczucia celu. Ot taka artystyczna dusza trochę. Bez konkretnego talentu.  Czy jednak jakiś/jakieś mam?  Mam ale bardziej wypracowane niż wrodzone co jest dla mnie całkiem w porządku bo do rzemieślników mam ogromny szacunek.  Z tych moich talentów chciałabym zrobić sposób na życie. Poczyniłam nawet pewne kroki ale w którymś momencie straciłam rozpęd. Bo nie widziałam natychmiastowym efektów. A ja muszę widzieć efekty teraz, już i natychmiast. Bo inaczej traci to dla mnie sens.  Problem w tym, że natychmiastowe skutki daje tylko przedawkowanie Xenny. Z wszystkim innym nie jest tak różowo.…