Przejdź do głównej zawartości

Little pleasures


Jeszcze kilka lat temu regularnie przestawiałam meble w swoim pokoju. W miarę możliwości oczywiście bo nie mam muskułów Pudziana i przestawianie ciężkiej szafy nie wchodziło w rachubę. W pierwszym mieszkaniu, które wynajmowaliśmy z Chomickim, co kilka miesięcy zamieniałam miejscami kanapę i stół. Niby nic, ale cieszyłam się jak dziecko. W obecnym mieszkaniu nie mam możliwości przestawienia czegokolwiek. Meble są koszmarem architekta wnętrz i któregoś razu po kilkudziesięciu minutach siłowania się z fotelami, poddałam się i zostawiłam wszystko w pozycji wyjściowej. Okazuje się, że nie tylko ja urządzałam sobie home makeover. To zdecydowanie domena kobiet. Nie znam faceta, któremu chciałoby się przestawiać szafki dla kaprysu.
Nie mogąc wyżyć się w tej dziedzinie, szukam innych możliwości. Niedawno z ogromną radością obcięłam sobie grzywkę ;P Mała rzecz, a naprawdę cieszy. Tym bardziej, że moje zabawy we fryzjera zazwyczaj kończyły się... hm..., tym razem wyszło rewelacyjnie. Ubyło mi kilka centymetrów, a czuję się jakbym miała zupełnie inną fryzurę. 
Zmierzam do tego, że powinniśmy sprawiać sobie takie małe przyjemności. Często. Nie za często jednak bo spowszednieją. Czasami wystarczy drobiazg, żeby zrobiło nam się przyjemnie. Dobra kawa wypita w trakcie przerwy w pracy, godzinka z ulubionym serialem czy przy grze. Jakaś mała przekąska, której nie kupujemy na codzień.
Ostatnio uprzyjemniam sobie życie Simsami. Nie potrafię już przepaść przy tej grze na kilka godzin, tak jak robiłam to jeszcze kilka lat temu, ale godzinka 2-3 razy w tygodniu świetnie mnie relaksuje. Wieczorami piję herbatę piramidkę z Liptona, jedyną która mi smakuje. Nigdy nie piję jej w ciągu dnia, to przyjemność zarezerwowana na wieczór i w ściśle ograniczonych ilościach.
Taka mała przyjemność może sprawić, że na cały dzień spojrzymy inaczej. Z każdej strony coś na nas naciska, czy to praca czy inne obowiązki. Każdy prędzej czy później zaczyna się czuć nieco... udręczony. Nie znoszę w sobie tego uczucia i dzięki takim małym przyjemnościom właśnie nie czułam go już od dawna.
Nie ważne, że w pracy zganiałam się jak dziki osioł, w domu czeka pranie i obiad sam nie chce się zrobić, a Chomicki wraca późno i nie będzie w formie, żeby w czymkolwiek mi pomóc bo w tym właśnie momencie robię/jem/piję coś co sprawia mi przyjemność, cała reszta nie ma znaczenia. Taki kolorowy przerywnik w szarej rzeczywistości.
Macie takie swoje małe przyjemności? Coś co sprawia Wam przyjemność i relaksuje w trakcie/po ciężkim dniu?

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bo baby są jakieś inne...

A są. Fakt niezaprzeczalny. Od facetów różni nas tyyyyyle rzeczy, a jedną z nich jest to, że my zupełnie nie potrafimy odpoczywać. Wyobraźcie sobie taką sytuację: bliżej nieokreślony mężczyzna, nazwijmy go Ziutek, idzie na urlop. Taki od dawna wyczekiwany ale niestety tylko tygodniowy. Pierwszy dzień urlopu: Ziutek wstaje rano i łapie za ścierę i pucuje całe mieszkanie na błysk. Potem robi obiad dla współmieszkańców, którzy urlopu nie mają. Po obiedzie prasuje tą stertę, która rosła od kilkunastu dni i groziła już zawaleniem. Dzień drugi urlopu: Ziutek zniesmaczony tym, że brudne okna psują efekt pięknie posprzątanego mieszkania znowu łapie za ścierę. Kiedy okna już błyszczą leci po mopa, żeby zmyć podłogę, która się podczas mycia zabrudziła. Wstawia jakieś pranie i gotuje obiad. Dzień trzeci urlopu: Ziutek zmienia pościel i stwierdza, że w sumie jest dosyć ciepło, można by to wykorzystać bo dawno nie prał kołder i poduszek. Szukając w trzewiach mieszkania zapasowego kompletu (Ziutek jes…

Dlaczego nie chcę mieć dziecka

Od kiedy zaczęłam świadomie myśleć o dzieciach, uważałam, że będę je mieć. Nie jedno bo sama jestem jedynakiem i wolałabym aby moje dziecko miało rodzeństwo. Wbrew pozorom życie jedynaka nie jest takie łatwe, lekkie i przyjemne. Bywa samotne i mając wybór wolałabym tego swojemu dziecku darować.
Dużo dużo później, kiedy poznałam Chomickiego, stwierdziłam że chciałabym te dzieci mieć z nim. Uważam że jest świetnym materiałem na rodzica.
Czas mijał, moje bliższe i dalsze koleżanki mnożyły się intensywnie i dookoła mnie było pełno słodkich bobasów. Przyszła mi do głowy myśl, że teraz jest ten moment. Po czym straciłam pracę i moment szlag trafił. Cały czas chodziła mi po głowie myśl, że czas mija, a moja macica niczyja, a bezrobocie skutecznie odwlekało wszystko w czasie. Byliśmy w stanie utrzymać siebie i tylko siebie. Jeszcze miesiąc bez pracy i nie byłoby ciekawie.
Teraz teoretycznie jetem w idealnej sytuacji do prokreacji ale... Nie jestem okazem zdrowia. Wśród moich chorób jest przesymp…

Będę z Wami szczera

Bardzo mocno zastanawiałam się nad publikacją tego postu. W końcu stwierdziłam, że mam to gdzieś - publikuję. Za wszelkie przykre następstwa czytania go nie odpowiadam.


Ostatnio mam wrażenie, że stoję w miejscu.  Ok, dopiero co kupiliśmy z Chomickim mieszkanie, ba! ślub był dla mnie dopiero co. Są to dwie ogromne zmiany, a mimo to czuję, jakby nic się nie działo.  Mam ten problem, że do szczęścia potrzebuję poczucia celu. Ot taka artystyczna dusza trochę. Bez konkretnego talentu.  Czy jednak jakiś/jakieś mam?  Mam ale bardziej wypracowane niż wrodzone co jest dla mnie całkiem w porządku bo do rzemieślników mam ogromny szacunek.  Z tych moich talentów chciałabym zrobić sposób na życie. Poczyniłam nawet pewne kroki ale w którymś momencie straciłam rozpęd. Bo nie widziałam natychmiastowym efektów. A ja muszę widzieć efekty teraz, już i natychmiast. Bo inaczej traci to dla mnie sens.  Problem w tym, że natychmiastowe skutki daje tylko przedawkowanie Xenny. Z wszystkim innym nie jest tak różowo.…