Przejdź do głównej zawartości

Suseł Minimalista: Ostatni bastion


Już od jakiegoś czasu spoglądałam z namysłem na szafę w przedpokoju, którą do tej pory tylko musnęłam minimalistycznymi porządkami. Potrzebowałam jednak mocniejszego kopa, żeby wreszcie się za nią zabrać. Lekkim szturchańcem była refleksja przy mierzeniu kolejnej pary spodni w pracy. Bo tak fajnie wyglądają na półce, bo nie drogie, bo mój rabat... Ze wszystkimi było jednak coś nie tak, nie ten kolor, fason, długość. Nie rozumiem tej mody na lekko przykrótkie spodnie, które odsłaniają kostkę. Dla mnie spodnie idealne muszą ją zakrywać i lekko się marszczyć na dole. Znalazłam w końcu spodnie idealne - fason pasuje, długość idealna, no i są czarne, a takich spodni nie miałam w szafie od lat. Radośnie upchnęłam je między inne rzeczy i szafa zyskała nowego mieszkańca.
Kopniakiem decydującym była Dr Lifestyle, konkretniej jej recenzja książki Styledigger. Przemówiło do mnie konkretnie jedno zdanie, które zresztą słyszałam i czytałam milion razy, ale dopiero teraz do mnie dotarło. To ubrania mają służyć Tobie, a nie Ty im.
W oparciu o to zdanie pozbyłam się każdej sztuki odzieży, która powodowała u mnie jakikolwiek dyskomfort podczas noszenia. To nie były lekkie rozstania, ale nie miałam za grosz sentymentów. W siną dal poszły bluzeczki od mamusi, spodnie od przyjaciółki i wygrzebane w lumpach tuniki. Wszystko co było za duże, za małe czy też po prostu niewygodne, poszło precz. Zostałam z naprawdę minimalną ilością ubrań i chociaż ten widok trochę mnie przeraził, to teraz w końcu czuję się zadowolona. 
Zostały wszystkie rzeczy, które przeszyły przez wcześniejsze sito: podobają mi się, dobrze w nich wyglądam i regularnie je noszę, ale spełniające nowe kryterium: absolutnie nic mnie w nich nie drażni. Swoją drogą to zastanawiające w jak wielu ubraniach coś mi przeszkadzało. A to lekko za ciasne, a to nie do końca dopasowany fason, a to za ciasne rękawy w stosunku do reszty. Teraz za każdym razem kiedy się ubieram, czuję się dobrze i wiem, że dobrze wyglądam. 
Wszystkie minimalistki czy wyznawczynie slow fashion, jak kto woli, postulują kupowanie ubrań jak najwyższej jakości. Czyli: mamy w szafie mało, ale niech to będzie z jak najlepszego materiału i jak najlepiej wykonane. Początkowo byłam nastawiona trochę anty do tego podejścia. Czyli nie mogę kupić sobie bluzki za 20 zł i przelatać w niej jednego sezonu po czym wyrzucić i za rok radośnie kupić nowej? O nie! Ja chcę!
Po tygodniu od finalnej bitwy z samą sobą i zawartością szafy, w którym nosiłam 3 bluzki i 1 parę spodni, stwierdzam że już rozumiem o co kaman z tą jakością. Tzn nie, że wcześniej tego nie wiedziałam. Mam kilka bardzo dobrych jakościowo ubrań i noszę je od lat. Nie są ani porozciągane, anie sprane, nie stało się z nimi absolutnie nic złego i bardzo to sobie cenię. Wydawało mi się jednak, że ta wspomniana wcześniej bluzka za 20 zł wytrzyma ten jeden sezon i na pewno jeszcze wykorzystam ją później.
No nie, nie wytrzyma i nie wykorzystam. Rodzaj użytej tkaniny i wykonanie mają naprawdę gigantyczne znaczenie. Możesz mieć bluzkę 100% bawełny, ale jeśli to jest bawełna najgorszej jakości to takie ubranie nie przetrwa kilku prań. A nadmienię, że 70% swoich rzeczy piorę ręcznie, w letniej wodzie i delikatnym płynie. Choćbym nie chciała, to przy minimalistycznym podejściu do swojego ubioru, jakość ma decydujące znaczenie. Za jakością niestety idzie cena, co mnie nie zachwyca, ale trudno. Podjęłam postanowienie o życiu w minimalizmie, dobrze mi z tym, więc nie marudzę.
Jeśli macie jakieś sprawdzone sklepy z odzieżą dobrej jakości, która mnie nie zrujnuje finansowo, dajcie znać :)

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bo baby są jakieś inne...

A są. Fakt niezaprzeczalny. Od facetów różni nas tyyyyyle rzeczy, a jedną z nich jest to, że my zupełnie nie potrafimy odpoczywać. Wyobraźcie sobie taką sytuację: bliżej nieokreślony mężczyzna, nazwijmy go Ziutek, idzie na urlop. Taki od dawna wyczekiwany ale niestety tylko tygodniowy. Pierwszy dzień urlopu: Ziutek wstaje rano i łapie za ścierę i pucuje całe mieszkanie na błysk. Potem robi obiad dla współmieszkańców, którzy urlopu nie mają. Po obiedzie prasuje tą stertę, która rosła od kilkunastu dni i groziła już zawaleniem. Dzień drugi urlopu: Ziutek zniesmaczony tym, że brudne okna psują efekt pięknie posprzątanego mieszkania znowu łapie za ścierę. Kiedy okna już błyszczą leci po mopa, żeby zmyć podłogę, która się podczas mycia zabrudziła. Wstawia jakieś pranie i gotuje obiad. Dzień trzeci urlopu: Ziutek zmienia pościel i stwierdza, że w sumie jest dosyć ciepło, można by to wykorzystać bo dawno nie prał kołder i poduszek. Szukając w trzewiach mieszkania zapasowego kompletu (Ziutek jes…

Dlaczego nie chcę mieć dziecka

Od kiedy zaczęłam świadomie myśleć o dzieciach, uważałam, że będę je mieć. Nie jedno bo sama jestem jedynakiem i wolałabym aby moje dziecko miało rodzeństwo. Wbrew pozorom życie jedynaka nie jest takie łatwe, lekkie i przyjemne. Bywa samotne i mając wybór wolałabym tego swojemu dziecku darować.
Dużo dużo później, kiedy poznałam Chomickiego, stwierdziłam że chciałabym te dzieci mieć z nim. Uważam że jest świetnym materiałem na rodzica.
Czas mijał, moje bliższe i dalsze koleżanki mnożyły się intensywnie i dookoła mnie było pełno słodkich bobasów. Przyszła mi do głowy myśl, że teraz jest ten moment. Po czym straciłam pracę i moment szlag trafił. Cały czas chodziła mi po głowie myśl, że czas mija, a moja macica niczyja, a bezrobocie skutecznie odwlekało wszystko w czasie. Byliśmy w stanie utrzymać siebie i tylko siebie. Jeszcze miesiąc bez pracy i nie byłoby ciekawie.
Teraz teoretycznie jetem w idealnej sytuacji do prokreacji ale... Nie jestem okazem zdrowia. Wśród moich chorób jest przesymp…

Będę z Wami szczera

Bardzo mocno zastanawiałam się nad publikacją tego postu. W końcu stwierdziłam, że mam to gdzieś - publikuję. Za wszelkie przykre następstwa czytania go nie odpowiadam.


Ostatnio mam wrażenie, że stoję w miejscu.  Ok, dopiero co kupiliśmy z Chomickim mieszkanie, ba! ślub był dla mnie dopiero co. Są to dwie ogromne zmiany, a mimo to czuję, jakby nic się nie działo.  Mam ten problem, że do szczęścia potrzebuję poczucia celu. Ot taka artystyczna dusza trochę. Bez konkretnego talentu.  Czy jednak jakiś/jakieś mam?  Mam ale bardziej wypracowane niż wrodzone co jest dla mnie całkiem w porządku bo do rzemieślników mam ogromny szacunek.  Z tych moich talentów chciałabym zrobić sposób na życie. Poczyniłam nawet pewne kroki ale w którymś momencie straciłam rozpęd. Bo nie widziałam natychmiastowym efektów. A ja muszę widzieć efekty teraz, już i natychmiast. Bo inaczej traci to dla mnie sens.  Problem w tym, że natychmiastowe skutki daje tylko przedawkowanie Xenny. Z wszystkim innym nie jest tak różowo.…