Pojechali my...


Tym razem poniosło nas do Łeby. Już jakiś czas temu chcieliśmy się tam wybrać, aż w końcu udało nam się zgrać nasze dni wolne od pracy i odpowiednią pogodę. Standardowo opracowaliśmy sobie Plan Wycieczki i realizowaliśmy go punkt po punkcie.


Pierwszym punktem był Labirynt Park Łeba. Film reklamujący labirynt bardzo nam się spodobał, ale okazało się, że rzeczywistość jest o wiele lepsza. Labirynt sam w sobie jest... zabawny. Niby krzaczki, niby nie taki wielki, ale zabawy co nie miara. Bez mapy błądzilibyśmy po nim o wiele dłużej ale lękliwy Suseł nie chciał wejść do środka bez niej. Cieszyłam się jak dziecko ze zdobycia kolejnej bazy, a kiedy dotarliśmy do środka byłam wręcz w euforii :) 




Tuż obok labiryntu jest kilka mniejszych labiryntów i park gier, ale nie takich oklepanych (chociaż znajdzie się Kółko i krzyżyk) i współczesnych. Są to naprawdę fajne gry, wymagające myślenia i niemałych zdolności manualnych. Próbowałam się dobrać do ich wersji jengi, ale była tak okupowana, że nie miałam szans.









Punkt drugi wycieczki to Illuzeum. Uwielbiam wszelkiego rodzaju wystawy interaktywne, gdzie nikt się nie czepia, kiedy chcę czegoś dotknąć i się tym pobawić. Iluzje optyczne dla osobnika ze zwichrowanym błędnikiem to niezła jazda. Tylko tyle Wam powiem :) Możliwość zobaczenia tyłu swojej głowy jest nieoceniona.







Punkt trzeci to Muzeum Erotyki. Po fakcie stwierdzam, że nie było warto tracić na to czasu i kasy. Samo muzeum (w tym wypadku to zdecydowanie za duże słowo) znajduje się nad jakąś dyskoteką, trzeba się do niego wdrapać po kilku kondygnacjach schodów. Lokal jest obskurny i taka też wydaje się całą wystawa. Po krótkiej refleksji, że Japończycy jednak są dziwni, zachwyciłam się licencją na prostytucję z lat chyba dwudziestych która obowiązywała w Wałczu czy Wałbrzychu... w każdym razie w jakimś mieście na W. Jednak da się to zalegalizować :) Na tle wszystkich wydumanych porcelanowych figurek, rozbawiła mnie ta z USA.








Przekaz jest prosty i klarowny :)
Punkt czwarty to Labirynt Luster. Świetna sprawa chociaż mogłoby być tam trochę jaśniej. Błąkaliśmy się z Chomickim jak jakieś zoombie (obowiązkowo trzeba tam mieć ręce wyciągnięte przed siebie), wpadaliśmy na lustra i  gubiliśmy się na zakrętach. Odrobina światła sprawiłaby, że zabawa byłaby jeszcze lepsza. Swoją drogą zastanawiam się kto te lustra myje...
Oczywiście, żeby nie było, zanim udało nam się znaleźć wszystkie te miejsca, obeszliśmy Łebę kilka razy wzdłuż i wszerz. Wprawdzie jest to miejscowość nadmorska i typowo turystyczna, to naprawdę mi się spodobała. Chętnie spędziłabym tam więcej czasu. Niekoniecznie w sezonie. Port jest bardzo malowniczy, plaża czysta tylko zastawiona różnego rodzaju ogródkami i boiskami. W pobliżu Łeby jest fokarium, na które tym razem nie starczyło nam czasu. Niemniej mamy je w planach na najbliższy czas. Podobnie jak ruchome wydmy. W razie gdyby Chomicki mi się naraził będę mogła upozorować jakiś nieszczęśliwy wypadek... :P

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bo baby są jakieś inne...

Będę z Wami szczera

Dlaczego nie chcę mieć dziecka