Przejdź do głównej zawartości

Programy lojalnościowe - pic na wodę?



Definicja programów lojalnościowych jest prosta. W zamian za naszą lojalność wobec danej firmy/marki, otrzymujemy różnego rodzaju nagrody. Mogą to być zniżki na kolejne zakupy, mogą to być punkty, które po uzbieraniu większej sumy możemy na coś wymienić. Każdy program ma swoje zasady, są mniej lub bardziej korzystne dla nas. Są i takie, których opłacalność jest wątpliwa.
Korzystam z kilku programów, ich liczbę ograniczyłam do tych, w których widzę jakikolwiek sens i które przynoszą mi realne korzyści.
Pierwszym i najkorzystniejszym dla mnie jest Payback. Punkty zbieram robiąc zakupy w Empiku, Naturze, na Allegro oraz składając zamówienia w Avonie. Czasami bywam w Multikinie ale nie biorę tego pod uwagę bo zdarza mi się to raz, dwa razy w roku. W programie jestem już od co najmniej 7 lat i dzięki niemu wzbogaciłam się o kilka książek, kalendarzy, zeszytów (już chyba wspominałam, że mam słabość do ciekawych okładek), plus kilka kaw w Empik Cafe. Nie są to wielkie korzyści, niemniej dla mnie wymierne i przyjemne. Były by większe gdybym tankowała na BP, ale to jest dla mnie akurat strata pieniędzy. Wolę o wiele tańsze 1-2-3 Statoila.
Kolejnym programem jest Clubcard. Jest to przykład programu, w którym nasze korzyści są zbyt niskie w stosunku do poniesionych kosztów. Nie ukrywajmy, Tesco jest drogie. Chyba, że kupuje się ich markę, która niestety jakościowo jest naprawdę kiepska. Wszystkie inne produkty są zauważalnie droższe, robienie głównych zakupów właśnie w Tesco może nasz budżet doprowadzić do ruiny. Korzyści z programu to kupony rabatowe na produkty, których nie zamierzaliśmy kupić plus bony na zawrotne kwoty do 10 zł. Największy bon jaki dostałam opiewał na 6 zł ;) Kupony rabatowe dostajemy nie po to, aby skorzystać i kupić coś taniej ale po to, żeby kupić to co sklep chce, żebyśmy kupili. Mechanizm jest prosty: dostaję kupon i myślę ''o, mogę mieć taniej wafle ryżowe'', idę do sklepu i kupuję. Nie ważne, że wafli nie jadam. Ważne, że mogłam kupić je taniej. Genialny chwyt marketingowy, który bazuje na naszej naiwności ;)
Dzięki posiadaniu karty Clubcard może dwa razy kupiłam coś taniej, niż w cenie regularnej, w zamian za bony kupiłam dwie farby do włosów, zdarzyło się kilka razy, że dostałam zniżkę na coś, co faktycznie chciałam kupić. Kartę mam od 5-6 lat, więc korzyści są naprawdę niewielkie.
Numerem trzy jest karta w Hebe. Nie ukrywam, że zakupy robię tam raz na 2-3 miesiące. Nie mam wielkich potrzeb, ale podoba mi się fakt, że mając kartę niektóre produkty można kupić sporo taniej. Przykładem jest podkład Loreal z kartą tańszy o około 20 zł. Program idealny dla osób, które kupują dużo i często.
Jako, że kawę kocham, a taką ''lokalową'' wręcz wielbię, mam kartę w Club Cafe i Columbusie. Karta z tego pierwszego pozwala na zakup o kilkadziesiąt groszy tańszy niż cena regularna, szału nie ma ale w skali roku i przy częstym bywaniu tamże, jest to opłacalne. W Columbusie twardo zbieram znaczki, dzięki którym co 7 kawę mam gratis. Próbowałam sobie przypomnieć, którą z kolei mam już kartę ale nie mam pojęcia.
Mam jeszcze kartę w Orsayu, ale z niej nie korzystam. Zakupy odzieżowe robię bardzo rzadko, a nierówna jakość ich ubrań trochę mnie odstrasza. Niemniej dla osób robiących tam częste zakupy jest to dosyć opłacalne.
Jeśli chodzi o moje karty i programy, w których uczestniczę, to by było na tyle. Mój ogólny wniosek jest taki, że programy bywają opłacalne o ile korzysta się z nich z głową. Nie warto pakować się w każdy i wydawać pieniędzy tylko po to, aby zyskać kolejny punkt czy naklejkę.
Z jakich programów korzystacie? Są one korzystne? Piszcie, w portfelu mam jeszcze kilka miejsc na kolejne karty :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bo baby są jakieś inne...

A są. Fakt niezaprzeczalny. Od facetów różni nas tyyyyyle rzeczy, a jedną z nich jest to, że my zupełnie nie potrafimy odpoczywać. Wyobraźcie sobie taką sytuację: bliżej nieokreślony mężczyzna, nazwijmy go Ziutek, idzie na urlop. Taki od dawna wyczekiwany ale niestety tylko tygodniowy. Pierwszy dzień urlopu: Ziutek wstaje rano i łapie za ścierę i pucuje całe mieszkanie na błysk. Potem robi obiad dla współmieszkańców, którzy urlopu nie mają. Po obiedzie prasuje tą stertę, która rosła od kilkunastu dni i groziła już zawaleniem. Dzień drugi urlopu: Ziutek zniesmaczony tym, że brudne okna psują efekt pięknie posprzątanego mieszkania znowu łapie za ścierę. Kiedy okna już błyszczą leci po mopa, żeby zmyć podłogę, która się podczas mycia zabrudziła. Wstawia jakieś pranie i gotuje obiad. Dzień trzeci urlopu: Ziutek zmienia pościel i stwierdza, że w sumie jest dosyć ciepło, można by to wykorzystać bo dawno nie prał kołder i poduszek. Szukając w trzewiach mieszkania zapasowego kompletu (Ziutek jes…

Dlaczego nie chcę mieć dziecka

Od kiedy zaczęłam świadomie myśleć o dzieciach, uważałam, że będę je mieć. Nie jedno bo sama jestem jedynakiem i wolałabym aby moje dziecko miało rodzeństwo. Wbrew pozorom życie jedynaka nie jest takie łatwe, lekkie i przyjemne. Bywa samotne i mając wybór wolałabym tego swojemu dziecku darować.
Dużo dużo później, kiedy poznałam Chomickiego, stwierdziłam że chciałabym te dzieci mieć z nim. Uważam że jest świetnym materiałem na rodzica.
Czas mijał, moje bliższe i dalsze koleżanki mnożyły się intensywnie i dookoła mnie było pełno słodkich bobasów. Przyszła mi do głowy myśl, że teraz jest ten moment. Po czym straciłam pracę i moment szlag trafił. Cały czas chodziła mi po głowie myśl, że czas mija, a moja macica niczyja, a bezrobocie skutecznie odwlekało wszystko w czasie. Byliśmy w stanie utrzymać siebie i tylko siebie. Jeszcze miesiąc bez pracy i nie byłoby ciekawie.
Teraz teoretycznie jetem w idealnej sytuacji do prokreacji ale... Nie jestem okazem zdrowia. Wśród moich chorób jest przesymp…

Będę z Wami szczera

Bardzo mocno zastanawiałam się nad publikacją tego postu. W końcu stwierdziłam, że mam to gdzieś - publikuję. Za wszelkie przykre następstwa czytania go nie odpowiadam.


Ostatnio mam wrażenie, że stoję w miejscu.  Ok, dopiero co kupiliśmy z Chomickim mieszkanie, ba! ślub był dla mnie dopiero co. Są to dwie ogromne zmiany, a mimo to czuję, jakby nic się nie działo.  Mam ten problem, że do szczęścia potrzebuję poczucia celu. Ot taka artystyczna dusza trochę. Bez konkretnego talentu.  Czy jednak jakiś/jakieś mam?  Mam ale bardziej wypracowane niż wrodzone co jest dla mnie całkiem w porządku bo do rzemieślników mam ogromny szacunek.  Z tych moich talentów chciałabym zrobić sposób na życie. Poczyniłam nawet pewne kroki ale w którymś momencie straciłam rozpęd. Bo nie widziałam natychmiastowym efektów. A ja muszę widzieć efekty teraz, już i natychmiast. Bo inaczej traci to dla mnie sens.  Problem w tym, że natychmiastowe skutki daje tylko przedawkowanie Xenny. Z wszystkim innym nie jest tak różowo.…