Kredytobranie




Decyzja o wzięciu kredytu hipotecznego nie była dla mnie łatwa. Świadomość 30 letniego obciążenia poważnym zobowiązaniem nieco mnie przytłaczała i przerażała. Ryzyko utraty pracy jest obecnie bardzo wysokie a nie jesteśmy na razie w stanie utworzyć takiej poduszki finansowej, aby żyć spokojnie z kredytem przez dłuższy czas. Poza tym wszystko się może zdarzyć :) 


Podejście pierwsze czyli nie wiemy nic o niczym

Zaraz po ślubie ruszyliśmy na poszukiwanie mieszkania idealnego. Mieliśmy jasno określone jakie mieszkanie chcemy: 3 pokoje, około 55 metrów, z balkonem, maksymalnie 2 piętro i niedaleko miejsca, w którym mieszkamy. Ambitnie przeszliśmy do tematu bo takie metraże nie są tanie. Początkowo napaliliśmy się na mieszkanie w stanie deweloperski bo wiadomo, wszystko nowe, wszystko po naszemu. Okazało się jednak, że w naszym mieście deweloperzy budują po primo na obrzeżach bez sensownego dojazdu, po secundo klitki dla chomików. Nie wiem jaki sens jest w budowaniu mieszkania 3 pokojowego, 50 metrów i z tego 7 metrów to korytarz. Długa, wąska kiszka, w której nawet szafy się nie wstawi. Wcześniej nie interesowaliśmy się kredytami i nie mieliśmy pojęcia o wszystkich kosztach. Zupełni laicy, którzy naiwnie myśleli, że jak mają na wkład własny, to już nic więcej nie potrzebują. Ha! Wkład własny to dopiero początek długiego szlaku wydatków. Nasze finanse rozjechały się z rzeczywistością i musieliśmy odłożyć plany na kilka miesięcy. 



Podejście drugie i zmiana oczekiwań, która wyszła nam na dobre

Po kilku miesiącach ostrzejszego oszczędzania, udało nam się odłożyć kwotę, która według naszych szacunków powinna wystarczyć. Codzienny risercz ogłoszeń uświadomił nam, że deweloperka odpada nie tylko ze względu na lokalizację i metraże ale też kasę. Koszty wykończenia mieszkania od dewelopera są tak wysokie, że potrzebowalibyśmy jeszcze kilku lat oszczędzania. Taka opcja nie wchodziła w grę. 
Znaleźliśmy kilka interesujących ofert, z których połowa okazała się nieaktualna (szczególnie na otodom i gratka.pl znajdziecie ogłoszenia, które dawno straciły ważność, a widnieją jako aktywne), a druga połowa lepiej wyglądała na zdjęciach niż w rzeczywistości. 
Nasze kryteria coraz bardziej się zmieniały. Ilość pokoi pozostała taka sama ale uznaliśmy, że 50 metrów to za mało i zwiększyliśmy wymagania do 60 metrów. Początkowo zależało nam na budynku, który powstał po roku 2000 ale te oferty znikały błyskawicznie i nie mogliśmy się wstrzelić. Zwiększając metraż podnieśliśmy automatyczni cenę więc gdzieś musieliśmy szukać oszczędności. Stanęło na wyposażeniu. Niech to mieszkanie ma w cenie jak najwięcej: szafy, sprzęty, cokolwiek z rzeczy które musielibyśmy kupić. 

TO ogłoszenie przyciągnęło mnie kolorem ścian w toalecie. Nie wiem dlaczego ale 70% mieszkań, które oglądałam miało zielone ściany 😀 To również, a jakże ale powaliła mnie toaleta: wściekła czerwień! 😅 Wyobraziłam sobie jak siedzę i załatwiam swoje sprawy z takim nerwem... 😲

Pojechaliśmy. Zobaczyliśmy. Stwierdziliśmy że musimy je mieć. Ta wściekła czerwień, metraż, ustawność pomieszczeń, widok z balkonu, wyposażenie w cenie, to COŚ sprawiły, że nawet 4 piętro bez windy nam nie straszne. Gdzie nie chcieliśmy słyszeć o czymś wyżej niż 2 piętro! 😀 Oczekiwania vs rzeczywistość? Rzeczywistość zdecydowanie wygrała.


Niebawem zapraszam na kolejny wpis o naszej przygodzie z kupnem własnego M.


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty