Przesilenie wiosenne?


Święta były i minęły, gdzieś w międzyczasie zniknęła zima i widać wyraźne oznaki wiosny. Zrobiło się cieplej, powietrze inaczej pachnie, słońce częściej wygląda zza chmur i dzięki temu bardziej się chce robić cokolwiek. 
Lubię wiosnę, zdecydowanie mniej niż lato bo jestem freakiem, który kocha upały, ale podoba mi się rozkwit wszystkiego dookoła. Drzewa mają pączki, pojawia się więcej ptactwa wszelkiego, miło czasem usłyszeć coś innego niż nasze mewy miejskie. Niby to samo co taka mewa nad morzem, ale wkurza o wiele bardziej. Chyba jestem bardziej tolerancyjna dla ich darcia się, kiedy pode mną jest gorący piasek, nade mną bezchmurne niebo, wieje wiaterek i szumi może. 
Plusem jest też to, że później robi się ciemno. Wszyscy mamy więcej energii kiedy za oknem jest jasno. Chcę się gdzieś wyjść, pójść, zrobić coś, a nie tylko po pracy do domu, na kanapę lub do garów/prania/sprzątania - wersja dla udręczonych kur domowych. Nie chce się też spać od 17-stej, dzięki czemu Teleexpres przestajemy traktować jak dobranockę. Pięknie jest.
Wiosna ma też swoje gorsze strony o czym wie każdy posiadacz chorego układu pokarmowego. Wiosna i jesień to takie pory roku, kiedy częściej jest nieprzyjemnie niż przyjemnie. Kiedy boli, męczy i nie chce się wystawiać nosa spod kołdry. Kiedy mózg zamienia się w watę, koncentracja staje się fikcją literacką, a pamięć trudnym, zagranicznym słowem.
Takich momentów jest niestety więcej niż tych dobrych i żadna cudowna tabletka z reklamy na to nie pomoże. Trzeba przeczekać. 
Jak tu jednak przeczekiwać, kiedy są jakieś obowiązki, plany, kiedy trzeba myśleć, działać i nie zatrzymywać się?  Nie da się? Da ale za efekty nie ręczę. Przynajmniej w moim przypadku. 



Koncentrację mam na poziomie żłobkowym, pamięć złotej rybki (co trzy sekundy reset), siły tyle co anemik ze starego kawału i nic mi się nie chce. To znaczy chce się, do pierwszego kłucia w żołądku :) Potem skutecznie mi się odechciewa do końca dnia.
Mam zaczęte cztery wpisy, które na moje oko mogą być całkiem niezłe. Kiedy je skończę. Jeśli je skończę. Codziennie zaglądam do każdego. Coś dopiszę, coś usunę. Ciągle mi się wydaje, że to ten dzień, kiedy kliknę w publikuj po czym siadam do pisania i klapa. 
Nie idzie.
Tkwię w miejscu i gapię się w kursor. Czytam wszystko raz. Drugi. Trzeci. W końcu jakiś neuron zaskoczy i dopisuję coś. Czytam. Stwierdzam, że to absolutnie nie ma sensu i związku z tym co początkowo miałam na myśli. 
I tak w kółko.
Mam do załatwienia kilka spraw związanych ze ślubem plus inne, pojawiające się na bieżąco. W pracy robi się gorąco, domowe obowiązki nie znikają (chociaż bardzo je proszę), a ja zamieniłam się w bloba z galarety, który tylko przetacza się z miejsca na miejsce.
Żeby nie było, nie cały czas jest tak mrocznie ;) Czasami moja skleroza i dekoncentracja powodują zabawne sytuacje. Umawianie się na kawę z koleżanką trwało dwa dni bo nie mogłam ogarnąć umysłem przyszłego tygodnia. Mission accomplished ale nie wiem czy ta kawa jest najmądrzejszym pomysłem. Iść do kawiarni i zamówić wodę niegazowaną to obciach, prawda?

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.


Komentarze

Popularne posty