Na razie się lubimy, a potem zobaczymy



Jedną ze składowych minimalizmu jest ograniczenie lub wyeliminowanie szkodliwych dla nas relacji. Tak w bardzo dużym uogólnieniu. Gorzej jeśli z różnych powodów nie możemy tego zrobić. Życie układa się różnie i czasami jesteśmy skazani na kogoś. Pracujemy razem, mieszkamy czy łączą nas inne zależności. Co wtedy? Wiele osób mówiących czy piszących o minimalizmie podkreśla rolę pozbycia się toksycznych znajomych w ich drodze do ideału minimalistycznego życia. Piszą jakie to ważne i ile im dało. Oczywiście coś w tym jest. Sama zrezygnowałam ze znajomości, które mnie męczyły. Czasem z żalem i trudem bo kogoś lubiłam, ze wzajemnością nawet ale ten nasz kontakt nikomu nie dawał nic dobrego. Kiedyś było między nami rewelacyjnie ale z czasem zmieniło się tak, że nie widziałam sensu w ciągnięciu tej znajomości. Owszem, bywało że ktoś, kogo kiedyś nie znosiłam, okazywał się wspaniałym człowiekiem.

Każdego dnia w pracy spotykam się z pewną Udręczoną Matką Marudzącą. Mimo że dziecko było jej świadomą decyzją i największym pragnieniem życia to nadal nie potrafi się pogodzić z brakiem czasu i zmianami w życiu. Dziecko jest na świecie od dobrych paru lat, a jej rozgoryczenie tylko się pogarsza. Objawia się jej to w bardzo nieprzyjemny sposób, żałuje każdemu wszystkiego. Narzuca swój styl życia każdemu w zasięgu głosu i osadza każdą odmienność. Po jakimś czasie staje się to zwyczajnie męczące dlatego ograniczam nasze kontakty do minimum. 
Na dodatek zazdrości. Każdemu czegoś. Mi wolności bo tak widzi życie bez dziecka i wolnego czasu bo przecież co ja takiego robię poza pracą skoro dziecka niet. Innym prawa jazdy bo chciałaby mieć ale się boi więc lepiej zazdrościć niż się zebrać w sobie i je zrobić. Wzrostu. Wykształcenia. Figury. Ubrań. Butów. Narzuca na siebie tyle ograniczeń, że czasem zastanawiam się jak ona funkcjonuje. 
Nie wychodzi z domu po 20. Nie wychodzi bez męża. Nie nosi dekoltów bo mąż może się czepiać. Nie pije alkoholu bo ma dziecko. Ubiera się w chińskim markecie bo ma dziecko. Nie bierze wolnego bo dziecko może zachorować. Nie ogląda telewizji bo dziecko. Nie .... bo nie. Widzę jej totalny brak radości z życia i mimo, że drażni mnie jak mało kto, to zwyczajnie mi jej szkoda. Takie życie bez żadnych radości to nie życie. To wegetacja. To przetrwanie jednego dnia po to, żeby móc przetrwać kolejny i kolejny i kolejny... Nie jestem za tym, żeby żyć tylko dla przyjemności ale tak nic, zero, nada? Przecież w życiu jest tyle dobrych rzeczy, tyle dobrych i przyjemnych chwil. Jak można nie chcieć tego dostrzegać? 
Czuję wyraźnie, że ta relacja mi szkodzi. Lubię swoją pracę, lubię ludzi z którymi pracuję. Nawet wtedy kiedy szef marudzi, kiedy zapierniczamy jak małe samochodziki bo jest tyle roboty, kiedy snujemy się bez celu bo nie ma co robić. Lubię w niej wszystko. Poza NIĄ. Jest skazą, która psuje obraz całości.
Nie mogę nic zrobić z tą relacją. Dawałam jej szansę za szansą i nie wykorzystała ani jednej. Jak widać, nie da się żyć tak do końca w duchu minimalizmu ;) Życie nie jest idealne, nie wszystko może być tak, jak się chce.
 
____________________________________________________
Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, kiedy nie ma go na blogu.
 

Komentarze

Popularne posty