Suseł Testuje: Hulanie




Gdzieś tam, w podświadomości, ciągle męczyła mnie myśl, że POWINNAM uprawiać jakiś sport. Nie dlatego, że wszyscy to robią, ani dlatego, że jest to modne. Zwyczajnie dla mnie samej. Dla satysfakcji, że to robię, dla podwyższenia poziomy endorfin, dla korzyści, które daje sport. 
Z racji na moje warunki zdrowotne, musiałam zrezygnować z większości  popularniejszych sportów. Odpadają wszystkie sporty wysiłkowe i joga. Wszelki pilatesy i inne wygibańce zwyczajnie mnie nudzą. Poza tym miałam ochotę na coś innego niż wszyscy ;) 
Padło na hulanie. Na urodzin dostałam hula hop, dobrane odpowiednio do mojego wzrostu i z odpowiednim obciążeniem. Tak, tak. Porządne hula hop to nie takie za 10 zł z Tesco, które wygina się od byle czego i jest leciutkie jak piórko. Porządnym hula hop zrobisz sobie siniaki i będziesz mieć go dosyć po kilku dniach.
Przez pierwszy tydzień wyglądałam jak ofiara pobicia. Moje ''boczki'', z którymi walczyłam, były krwistoczerwone i bolały przy każdym dotknięciu. 

Zaciskałam zęby i kręciłam dalej. Aż się wkręciłam. Krwiaki zniknęły, kręcenie przestało boleć i stało się przyjemnością. Ogromną. Niepowtarzalną. 
Czas kręcenia każdy powinien dobrać do siebie. Nie ma co przesadzać,  odpuść kiedy czujesz, że masz dość. Ja zaczęłam od 8 minut dziennie, teraz kręcę 10, zmierzam do 12. Sprawdziłam, że 20 minut to już za dużo. Zaczynam się męczyć i czekać na koniec. Póki co 10 minut to czas dla mnie idealny. 5 minut na jeden boczek, 5 minut na drugi boczek. Absolutnie nie wyobraża  sobie pójścia na zajęcia trwające godzinę.
Kręcę zwyczajnie, bez szaleństw, podskoków i machania rękami. Czasami podnoszę ręce do góry, lub obracam się wokół własnej osi. Może dojdę do bardziej skomplikowanych ''układów'', może nie. Nie mam zbyt wiele miejsca i nawet klasyczne kręcenie sprawia czasami problem. A nie ma sensu kręcić, kiedy nie ma się wystarczająco dużo miejsca. Zauważyłam, że w takich momentach za bardzo się spinam i nie kręcę tak efektywnie, jak zwykle.
Zaczęłam hulać na początku sierpnia, więc trwa to już ponad 2 miesiące. Niby nie jest to długi okres ale widzę wyraźną zmianę. Obwód w pasie zmniejszył się o jakieś 3 cm. Mało, dużo? Dla mnie nie akurat ;) Głównie zależało mi na pozbyciu się, tworzących się po bokach, wałeczków tłuszczu. Podobno w okolicach 30-stki figura zaczyna się zmieniać i przybywa nam tu i ówdzie. Mi poszło w boczki z czego nie byłam zachwycona. Hulanie rozwiązało mój problem. 
Pomijając korzyści wizualne, hulanie rewelacyjnie wpływa na moje samopoczucie. Te 10 minut dziennie to dla mnie gigantyczna przyjemność, endorfiny strzelają pod sufit. Mam też tą satysfakcję, że coś robię, że nie siedzę na tyłku. Mogłabym robić mnóstwo innych o wiele korzystniejszych dla ciała rzeczy, ale z konieczności na hulaniu stanęło. Zobaczcie jakie to fajne: robię coś, co daje mi wymierne korzyści i w dodatku sam moment wykonywania tego daje mi radość ;)
Kluczem do osiągnięcia efektów, jest systematyczność. Tak jak we wszystkim. Jasne, że odpuściłam kilka dni. Bo się nie wyrobiłam, bo nie miałam siły. Nigdy bez wyraźnego powodu. Uparłam się, zaparłam i będę kręcić, aż padnę.
Ze starości. 

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty