Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2015

Najgorzej wydane pieniądze w życiu

Jakiś czas temu podzieliłam się z Wami moimi perełkami zakupowymi, z których jestem bardzo zadowolona. Jak każdy mam też na koncie wpadki finansowe, mniejsze lub większe. Generalnie zawsze podchodziłam do wydawania pieniędzy ostrożnie, każda decyzja była przemyślana. Jednak nie wszystko da się przewidzieć i właściwie ocenić. Na szczęście tego typu błędy nie zdarzają mi się często. Po zakończeniu studiów, jako dumny posiadacz dyplomu magistra (w obrzydliwym, sraczkowatym kolorze), postanowiłam kontynuować swoją wiedzę i poszłam na studia podyplomowe. Nadal rozumiem przesłanki, które mną wtedy kierowały i przez to nie pluję sobie w brodę za tą decyzję. Nie za bardzo przynajmniej. Myślałam, że zdobędę papierek, dzięki któremu będę mogła prowadzić własną działalność (!), z domu (!) i być stosunkowo nadzianym Susłem. Ucieszyłam się, że nie muszę szukać podyplomówki w innym mieście, bo mają taką na uczelni, którą skończyłam.  Po pierwszych zajęciach zaczęłam się zastanawiać czy to ma sens. Da…

Suseł Testuje: Hulanie

Gdzieś tam, w podświadomości, ciągle męczyła mnie myśl, że POWINNAM uprawiać jakiś sport. Nie dlatego, że wszyscy to robią, ani dlatego, że jest to modne. Zwyczajnie dla mnie samej. Dla satysfakcji, że to robię, dla podwyższenia poziomy endorfin, dla korzyści, które daje sport.  Z racji na moje warunki zdrowotne, musiałam zrezygnować z większości  popularniejszych sportów. Odpadają wszystkie sporty wysiłkowe i joga. Wszelki pilatesy i inne wygibańce zwyczajnie mnie nudzą. Poza tym miałam ochotę na coś innego niż wszyscy ;)  Padło na hulanie. Na urodzin dostałam hula hop, dobrane odpowiednio do mojego wzrostu i z odpowiednim obciążeniem. Tak, tak. Porządne hula hop to nie takie za 10 zł z Tesco, które wygina się od byle czego i jest leciutkie jak piórko. Porządnym hula hop zrobisz sobie siniaki i będziesz mieć go dosyć po kilku dniach. Przez pierwszy tydzień wyglądałam jak ofiara pobicia. Moje ''boczki'', z którymi walczyłam, były krwistoczerwone i bolały przy każdym dotkn…

Kobiety inspirujące

Dawno już nie dzieliłam się z Wami moimi inspiracjami. Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o dwóch babeczkach, które ostatnio mnie zainspirowały. Obie krótkim zdaniem. Na pozycji pierwszej znana wszystkim Martyna Wojciechowska. 


Czytałam ostatnio wywiad z nią, gdzie redaktorka zastanawiała się jak Martyna to robi, że godzi pracę w kilku redakcjach, ''Kobietę na krańcu...'' i wychowywanie dziecka. W dodatku sprawia przy tym wrażenie szczęśliwej i absolutnie nie widać po niej zmęczenia. Martyna odpowiedziała (dokładnie już nie zacytuję, ale przekażę ogólny sens), że jeśli podchodzi się do natłoku obowiązków z negatywnym nastawieniem to szanse powodzenia są nikłe. Nawet jeśli ma się dużo do zrobienia to powinno się podejść do tego z radością, pozytywnie. Skłoniło mnie to do refleksji i zastanowienia nad tym, jak sama podchodzę do dużej ilości obowiązków. Nie da się tego określić jako pozytywne podejście ;) Zazwyczaj dzień pełen rzeczy do zrobienia trochę mnie przytłacza, gonię…

Na drodze do doskonałości? Pimp the Suseł

Każdy ma w sobie rzeczy, które go denerwują/irytują/przeszkadzają. Stwierdziłam, że najwyższa pora zrobić coś z moimi cosiami. Uznałam, że najlepszym pomysłem dla mnie będzie kształtowanie nawyków. Te rzeczy, które mi we mnie przeszkadzają to złe nawyki, które zamierzam zastąpić dobrymi. Podobno taki nawyk, żeby wejść nam w krew, potrzebuje około 3 tygodni. W internecie krążą różne metody ''21 dni do minimalizmu'' czy ''52 kroki''. Jakkolwiek by tego nie nazwać, chodzi o to samo. Każdy indywidualnie dobiera sobie sposób i czas trwania takiej akcji. Dla siebie wybrałam 26 kroków - po 2 tygodnie na jeden nawyk. 26 x 2 = 52 tygodnie = rok :) Tydzień to dla mnie za mało, trzy to za dużo, 2 są dla mnie optymalne. Poza tym nie znalazłam w sobie, aż 52 rzeczy do poprawy ;) co jest pocieszające. Z drugiej strony 26 to trochę niepokojąca liczba. Dzielę się tym z wami, żeby dodatkowo się zmotywować. Będzie mi głupio jeśli się z tego nie wywiążę, skoro ktoś już o tym…

Dream big

Ostatnio było o małych przyjemnościach, więc dzisiaj będzie o wielkich marzeniach.  Teoretycznie każdy je ma. Wiele mniejszych, kilka większych i te największe, dla których się żyje. Jakiekolwiek by nie były, ważne aby je realizować. Nawet jeśli nie ma szansy na te największe, to chociaż te małe. Każde zrealizowane marzenie podnosi nas na duchu, motywuje i nakręca pozytywnie na dłuższy czas. Najlepiej jest kiedy marzenia realizuję się same, bez naszego wpływy, ale przecież nie o to chodzi. Czasami w realizację naszego marzenia musimy włożyć naprawdę dużo pracy, czasu i poświęcenia. Czy warto? Zawsze. Nie wiem jak Wy, ale ja bardziej doceniam rzeczy, które udaje mi się osiągnąć/zdobyć dzięki swojej pracy. Oczywiście cieszę się kiedy niespodziewanie spadnie mi z nieba coś, o czym dawno marzyłam, ale kiedy uda mi się realizować coś po dłuższym czasie starania się o to - satysfakcja nieoceniona. Wiele osób, szczególnie blogerów (to taki osobny gatunek :)) tworzy listy marzeń. Jako listowy fre…