Kupić czy wynająć?



Prędzej czy później każdy dociera do momentu w życiu, kiedy wyprowadza się od rodziców. A przynajmniej tak powinno być bo dorośli ludzie mieszkający całe życie z rodzicami, to nie jest naturalna sytuacja. Powrót do domu rodzinnego po latach, to zupełnie inna historia, chociaż i tak jestem przeciwnikiem domów wielopokoleniowych. Przez jakiś czas może być fajnie ale nadejdzie w końcu dzień, kiedy ktoś dla kogoś zacznie być ciężarem. Ze względu na dobro wzajemnych relacji powinno się tej sytuacji unikać. Każda, nawet najbardziej zżyta rodzina, natrafia na temat nie do przejścia i przestanie być tak pięknie. Na myśli mam tutaj mieszkanie we wspólnym domu/mieszkaniu, ze wspólnymi pomieszczeniami jak kuchnia czy łazienka. Dopuszczam wspólne mieszkanie ale pod warunkiem, że mieszkańcy mają osobne wejścia i całkowicie odseparowaną przestrzeń życiową. Wspólny może być ogród ale i to może prowadzić do konfliktów.
Nie jestem taka gołosłowna, nie myślcie sobie ;) Przez wiele lat mieszkałam z babcią i chociaż ją kocham, to za nic nie chciałabym tego powtórzyć. Zbyt duża różnica pokoleń, charakterów, upodobań i światopoglądów. W dodatku kilka gospodyń w jednym domu to nie jest dobry pomysł.
Jako najgorszy koszmar traktuję mieszkanie ''młodej pary'' z rodzicami jednej ze stron. Zero prywatności, minimalne szanse na przetrwanie tej sytuacji. Nikt nie może czuć się komfortowo. Gyyyh... straszne!
Wracając do meritum, każdy (uogólniam dla uproszczenia) w końcu się wyprowadza i staje przed wyborem: kupić czy wynająć. Kto teraz może pozwolić sobie na kupno mieszkania tak po prostu? Siłą rzeczy większość zaczyna od wynajmowania. Stancje, pokoje, wspólne kawalerki. Względne warunki przy minimum prywatności. Wszystko jest uzależnione od kasy. Póki sponsorem głównym są rodzice, nie ma co myśleć o wynajęciu czegoś porządniejszego. Tzn według mnie bo nie jestem sępem. W końcu wynajęte mieszkanie, najczęściej z partnerem, ciułanie od pierwszego do pierwszego. Kiedy poprawia się sytuacja materialna i nie trzeba już tak ciułać, pojawia się myśl: po co mam komuś dawać tyle kasy jeśli mogę w tej samej kwocie spłacać ratę kredytu? Myśl może pojawić się samodzielne albo zostać zaszczepiona. Niestety nie jest to tak proste, jak się innym wydaje. Rzadko kiedy rata kredytu wynosi tyle, ile płaci się za wynajęte mieszkanie. Czasem kwestia rozbija się o 200-300 zł, czy jesteśmy w stanie płacić o tyle więcej. No ok, można na to pójść, wpakować się w kredyt i przez najbliższe 10 lat żywić się na garnuszku u rodziców, z ich oszczędności wychować dzieci i czerpać w każdej wymagającej tego sytuacji. Życie pełne wyrzeczeń i kredytów nie tylko dla osób, które kupiły mieszkanie, ale dla ich sponsorów.
Dla mnie takie życie jest do kitu. Nadal nie jestem sępem. Nie wzięłabym na siebie tak dużego zobowiązania finansowego, nie mając pewności, że sobie z nim poradzę sama/z Chomickim. On też, jak sama nazwa wskazuje, nie jest sępem. Oboje urodziliśmy się bez genu mamotatodaj.
Kupno własnego mieszkania nie jest tak popularne w innych krajach, jak u nas w Polsce. Szczególnie na zachodzie czy w USA wynajmowanie jest naturalne.. Nawet przez całe życie. Jest w tym coś urzekającego - mieszkasz gdzie chcesz, kiedy przestajesz chcieć, przeprowadzasz się.  Nie masz nad sobą bata w postaci banku. Oczywiście jest opłata za mieszkanie, ale tak jak mówiłam, często jest niższa o te 200-300 zł od raty i to robi różnicę. No i ta wolność od zobowiązania. Pozorna ale ludzie się na to łapią. Weźmy jednak pod uwagę, że w innych krajach sytuacja wynajmującego jest zupełnie inna. Cały proces wygląda inaczej, wynajmujący ma prawo robić z mieszkaniem co chce (nie mam tu na myśli założenia kolonii orangutanów) i właściciel w nic nie ingeruje. Na rynku jest o wiele więcej ofert niż u nas i jest w czym wybierać na różnym poziomie finansowym.
W naszym światopoglądzie utarło się jednak, że ludzie mają swoje mieszkania. Często za swoje ludzie uznają mieszkania socjalne czy komunalne, co jest bzdurą. To tylko inna forma wynajmu. Mieszkanie jest Twoje kiedy je spłacisz.Wcześniej to własność banku.
Odłóżmy teraz na bok kwestię światopoglądu i możliwości finansowych. Niektórzy po prostu boją się wziąć kredyt, co całkowicie rozumiem. Pojawiają się pytania: a co jeśli stracę pracę?, a jeśli zepsuje się pralka lub lodówka?, a kiedy urodzi się dziecko? Pracę można stracić w każdym momencie i nie ma umowy, która gwarantowałaby, że tak się nie stanie. Może się okazać, że spłata kredytu jednak nas przerasta i nie potrafimy sobie wszystkiego odmawiać, a w dodatku sprzęty domowe psują się na potęgę. Każdy większy wydatek przy obciążeniu kredytem hipo jest trudny. Niestety nie da się ich uniknąć, a ryzyko wszystkich wymienionych sytuacji powinno być realnie ocenione przed wzięciem kredytu.
Zarówno kupno, jak i wynajem mają swoje wady i zalety. Z wynajmowaniem wbrew pozoru nie jest tak łatwo, lekko i przyjemnie. Można trafić na ciężkiego właściciela, niespodzianki o których nie było mowy przed podpisaniem umowy albo po prostu na kiepskie warunki w dopuszczalnym przedziale cenowym. Z Chomickim mamy już pewne doświadczenie w wynajmowaniu i kilka ciekawych historii w zanadrzu. Po tych doświadczeniach mam już szczerze dosyć wynajmowania. Brak możliwości wprowadzenia zmian w mieszkaniu, nie swoje meble i dziwne sytuacje działają na mnie zniechęcająco. Jestem bardzo ZA kupnem i dążę do tego uparcie. Koronnym argumentem Chomckiego jest to, że z naszych przyszłych emerytur nie będziemy mogli sobie pozwolić na wynajmowanie czegokolwiek poza kartonem pod Lidlem, więc własne mieszkanie musi być ;) Ma chłopak rację.

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty