Mniej




Zdecydowanie za dużo myślimy. My, kobiety. Nie wiem jak Wy, ale u mnie nie zamontowany pstryczka, który wyłączy myślenie. Nie mam go, szukałam. Myślę do ostatniej chwili przed zaśnięciem, zaczynam tuż po obudzeniu. Myśląc tak dużo można zwariować :) Tym bardziej, że jak większość ludzi mam skłonność do myślenia negatywnego, zamartwiania się. Pisałam Wam już jakiś czas temu o tym jak bardzo zmieniłam się pod wpływem wpisu ''Jak ćwiczyć szczęście'' z bloga Kasi. To nadal u mnie działa, nadal ćwiczę szczęście i idzie mi coraz lepiej. Myślenie negatywne zdarza mi się raz na kilka dni i to dosłownie na kilka sekund, zanim zorientuję się co się dzieje i ''zmienię kanał'' na pozytywny. Nadal jednak myślę za dużo. Mogłabym cieszyć się chwilą, docenić ją, ale nie - myślę.  Dumam, zastanawiam się, kombinuję jak coś zrobić zamiast po prostu to zrobić. Znana marka ma naprawdę sensowny slogan ''Just do it''.

Za dużo robimy. Szczególnie za dużo na raz. Modna i poszukiwana jest teraz u ludzi wielozadaniowość. Każdy chce powiedzieć o sobie, że potrafi robić kilka rzeczy na raz. Wydaje się to zaletą. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że robiąc kilka rzeczy na raz, żadnej nie robimy dobrze i co więcej, żadną się nie cieszymy. Czytanie przy włączonym telewizorze kończy się tym, że nie wiemy ani o czym była książka, ani o czym był film. Jemy w trakcie pracy, mechanicznie pochłaniamy jedzenie, bez namysłu i poczucia smaku. Rozmawiamy przez telefon z klientem, słuchając jednocześnie poleceń szefa i w efekcie nie wiemy, ani o czym rozmawialiśmy, ani co chciał od nas szef. Lepiej jest robić jedną rzecz na raz, robić ją porządnie, skupiać się na niej. Podzielna uwaga niech nadal będzie naszą zaletą ale nie wykorzystujmy jej na każdym kroku.

Angażujemy się w zbyt wiele rzeczy, narzucamy na siebie obowiązki. Mamy konta na Facebooku, Twitterze, Instagramie. Internet w telefonie, komputerze i na tablecie. W każdej chwili. Gry online, gry w telefonie. Pracę na etat plus dodatkowe zlecenia, a przy tym zajmujemy się domem i wychowujemy dzieci. W pewnym momencie może być tak, że nie damy rady wszystkiemu, że stwierdzimy, że brak nam czasu nawet na oddychanie, bo o śnie dawno zapomnieliśmy.

Tymczasem można pracować mniej albo prościej. Możemy nie brać na siebie dodatkowych zleceń, zostać przy pewnym ich poziomie. Możemy zrezygnować z zajmującej, odpowiedzialnej pracy za grubą kasę i iść do pracy mniej płatnej ale prostszej. Jasne,  mniej kasy czyli mniej możemy kupić ale czy naprawdę potrzebujemy nowego, większego telewizora kiedy ten ''stary'' ma max 2 lata i nic złego z nim się nie dzieje poza tym, że jest za mały?

Mniej, o które mi chodzi jest kwestią wyborów i decyzji. Nie każdy zechce zrezygnować z dobrze płatnej pracy, na rzecz mniej płatnej ale za to nie tak stresującej, odpowiedzialnej i czasochłonnej.

Ja nie potrzebuję super ambitnej pracy, nie muszę zarabiać kilku tysięcy miesięcznie. Nie twierdzę, że super mi się żyje na najniższej krajowej, ale nawet nie mając 2 z przodu przy wypłacie i tak można bardzo fajnie żyć.

Nie potrzebuję też domu. Dobrze mieszka mi się z mieszkaniu, gdzie nie muszę się martwić o ogrzewanie, odśnieżanie, dach, czyszczenie rynny czy koszenie trawy i o to czy ktoś się nie zabije na moim podjeździe kiedy zimą pośpię sobie dłużej i nie posypię go solą.

Nie muszę jeździć rok w rok na wypasione wycieczki zagraniczne czy kupować futra na każdą zimę innego (no bo przecież zmienił się trend!).

Pisałam Wam już o moich weekendach offline, to konkretne mniej jest dla mnie wyjątkowo satysfakcjonujące ostatnio.

Mam mniej, robię mniej ale to mniej daje mi radość. Staram się myśleć mniej ale z tym to różnie wychodzi :)

Co myślicie, może warto czasem zrezygnować z życia w biegu na rzeczy przyjemnego i nie tak stresującego życia? Cała ta moda na slow life, która teraz panuje nie wzięła się z niczego. Ludzie mają dość biegu i chcą się zatrzymać.
A Wy?

Komentarze

Popularne posty